Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka: I. Przed deportacją
Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka

Słowo wstępne

Niewiele pamiętam z okresu przed deportacją do ZSRR, jak i z samego pobytu na Sybirze. Zdarzenia, o których piszę poniżej zostały po części zapamiętane przeze mnie, głównie jednak zasłyszane od matki lub starszego rodzeństwa. Po odrodzeniu Związku Sybiraków w Polsce w 1988 roku, kilka razy proponowałem Mamie i starszemu rodzeństwu spisanie wspomnień z pobytu naszej rodziny na Sybirze. Zawsze jednak moje propozycje spotykały się ze zdecydowaną odmową. "To, co było tam już dawno minęło. Trzeba o tym wszystkim jak najszybciej zapomnieć. Po co rozdrapywać zagojone rany" - niezmiennie padała odpowiedź. Szczególnie Mama zakazywała wręcz jakichkolwiek rozmów na ten temat. Jedynie mój młodszy brat Mieczysław i ja nie ustawaliśmy w poszukiwaniach, których owocem są niniejsze wspomnienia.

I. Przed deportacją

Wraz z wkroczeniem wojsk sowieckich w drugiej połowie września 1939 roku na wschodnie tereny II Rzeczypospolitej, wraz z całą rodziną skazany zostałem na nieuchronną i surową karę. Moje przestępstwo polegało w oczach władzy radzieckiej na tym, że byłem synem osadnika wojskowego, legionisty i weterana wojny polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920. Zemsta sowieckiego agresora zawisła nad naszymi głowami również dlatego, że ojciec uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 roku na wschodnich rubieżach Polski. Zarówno ojciec Józef jak i matka Karolina (z domu Radoń) byli rdzennymi Polakami, co dla władz sowieckich było kolejnym przestępstwem. Rodzice pochodzili z Harty w województwie lwowskim (obecnie podkarpackie). Jako weteran wojny polsko-bolszewickiej, w 1921 roku ojciec otrzymał od polskich władz 20 hektarów ziemi po wschodniej stronie Bugu, na bagnach Polesia Wołyńskiego. I tak nasza rodzina osiadła we wsi Zapole, powiat lubomelski, województwo wołyńskie. Zapole położone jest około 15 km na wschód od Bugu. W owym czasie roku była to wieś duża, licząca około 120 gospodarstw. Mieszkali tam prawie wyłącznie Ukraińcy. Ojciec i matka, razem z ośmioma innymi osadnikami wojskowymi utworzyli oddzielną kolonię na uboczu wsi. Miejscowi Ukraińcy nazywali nas "kolonistami", "Lachami", albo "polskimi panami".

Nadana rodzinie podmokła, częściowo zalesiona ziemia znajdowała się na wcześniej nie uprawianym, dziewiczym terenie. Nie było żadnych zabudowań gospodarczych. Ziemia należała wcześniej do carskiego generała, którego własności pozbawiła rewolucja bolszewicka. Na tej ziemi moi rodzice oraz starsze rodzeństwo w ciągu osiemnastu lat wybudowali w wielkim trudzie pięcioizbowy dom oraz budynki gospodarcze: stajnię, oborę, stodołę, świniarnię, spichlerz na zboże, studnię i pomieszczenia na sprzęt rolniczy. Założono półtorahektarowy sad. Wykopano kilka kilometrów rowów odwadniających. Dzięki wytężonej pracy nadane nieużytki przerodziły się w urodzajną ziemię. W posiadaniu rodziny znajdował się również czterohektarowy las. W porównaniu z domami miejscowych Ukraińców, gospodarstwo stwarzało pozór bogactwa. Jednak nasza rodzina wiodła bardzo skromne, graniczące z biedą życie. Przez owe 18 lat gospodarowania odmawiano sobie prawie wszystkiego. Nie oszczędzano jedynie na jedzeniu, chociaż i z tym nie było najlepiej. Prawie wszystkie dochody przeznaczano na dalszy rozwój gospodarstwa i spłatę kredytów. Cały ten dorobek już wkrótce miał ulec zatraceniu.

Podczas działań wojennych w połowie września 1939 roku, wojska niemieckie zaprzestały dalszego natarcia po dojściu do Bugu. Zgodnie z czwartym rozbiorem Polski spisanym w sierpniu 1939 roku w Moskwie pomiędzy Związkiem Radzieckim a Niemcami, tereny polskie na wschód od Bugu miały być zajęte przez wojska sowieckie. Związek Radziecki działania wojenne rozpoczął dopiero 17 września 1939. Dlatego w pierwszej połowie września na naszym terenie nie było frontów wojennych ani obcych wojsk. Praktycznie nie było też wojska polskiego. Masowo gromadzili się natomiast uchodźcy wojenni zarówno ze wschodniej, jak i zachodniej Polski. Uciekinierów tych bezlitośnie grabiła miejscowa ludność ukraińska. Pamiętam, że pewnej nocy do naszego domu dobijał się jakiś człowiek. Z początku nie chcieliśmy otworzyć ze obawy przed Ukraińcami. Okazało się jednak, że był to ksiądz. Był zupełnie nagi. Za dnia Ukraińcy pobili go w lesie i całkowicie ograbili z odzieży. Aż do nocy nieszczęśnik ukrywał się w krzakach i był ledwo żywy z wyziębienia. Trzeba go było natychmiast ubrać w odzież ojca.

Z pierwszego miesiąca wojny najbardziej utkwiła mi w pamięci dziwna bitwa wojska polskiego z lotnictwem niemieckim, jaka rozegrała się tuż przed naszym domem. W połowie września 1939 roku nieznani ludzie, prawdopodobnie lokalni dywersanci ukraińscy rozkręcili pod osłoną nocy szyny kolejowe w rejonie stacji kolejowej w Lubomlu, uniemożliwiając dalszą jazdę pociągowi z polskimi żołnierzami zmierzającymi na front. Prawdopodobnie poinformowali oni również wojska niemieckie stacjonujące po zachodniej stronie Bugu niedaleko od Lubomla, o unieruchomionym polskim transporcie. Dywersanci ostrzelali pociąg i posterunek policji w Lubomlu, a ponadto zrabowali znaczną ilość broni z magazynów wojskowych. W Lubomlu doszło do walk między wojskiem polskim a dywersantami. Nieliczne zwłoki dywersantów leżały na ulicach miasta, na rękawach mieli gwiazdy Dawida. Mama na własne oczy widziała część tych wydarzeń, chociaż sensu i podłoża tego zajścia nie była w stanie wówczas zrozumieć (patrz Przypis 1). Właśnie tego dnia, wraz z najstarszym bratem Józkiem wybrała się ona wozem konnym do Lubomla, aby wykonać rozkaz władz polskich zdania osobistej broni Ojca. Ojciec nie mógł tego uczynić osobiście, ponieważ był już wówczas na wojnie. Mama nie zdążyła zdać broni ojca, ponieważ nagle nadleciały niemieckie samoloty. Spłoszone konie razem z mamą, bratem i nieoddaną bronią ojca pogalopowały z Lubomla do domu w Zapolu. Samoloty niemieckie bombami i seriami z karabinów maszynowych siały zamęt w oddziałach polskich pośpiesznie wycofujących się z Lubomla. Żołnierze polscy, praktycznie bezbronni wobec lotnictwa niemieckiego schronili się w pobliskich lasach, również w naszym lesie. Strzały były tak gęste, że rozrzuciły na naszym polu większość obornika czekającego w kupkach na jesienną orkę. Samoloty latały bardzo nisko - wyraźnie było widać sylwetki pilotów. Jeden z siejących ogniem maszynowym samolotów przeleciał pomiędzy budynkami naszego gospodarstwa poniżej poziomu dachów. Nad zabudowaniami unosił się kurz od serii z karabinów maszynowych. Na szczęście nie doszło do pożaru, a zrzucona bomba ominęła zabudowania. Cała nasza rodzina tuż przed nalotem zdążyła schronić się w lesie. Z ucieczką nie mieliśmy problemu, ponieważ nasze zabudowania przylegały do lasu. Mama miała dużo szczęścia. Podczas nalotu usiadła w lesie pod sosną z najmłodszym bratem Henrykiem na rękach. Nagle na Jej głowę z posypały się drzazgi odłupane z drzewa serią z karabinu maszynowego z samolotu. Później okazało się, że jeden z pocisków nawet przebił chustę na jej głowie, ale na szczęście jej nie zranił. Ja, przerażony bitwą zagubiłem się w lesie. Długo siedziałem w leju po bombie przykrytym zwaloną sosną. Ukrył mnie tam jeden z polskich żołnierzy. Jeszcze długo po zakończeniu niemieckiego ataku i wycofaniu się wojska polskiego nie ruszałem się z miejsca. Ze strachu nie reagowałem też na nawoływania matki. Mniej szczęścia od ludzi miały krowy. Nie udało się ich wpędzić do lasu przed nalotem i niektóre zginęły od niemieckiego ostrzału.

Przy okazji tych zajść nacjonaliści ukraińscy zdobyli sporo broni, którą niezwłocznie skierowali przeciw ludności polskiej. Kilka dni poźniej na nasze tereny wkroczyły wojska sowieckie. Pewnej mglistej nocy w okolicy Lubomla rozpętała się wielka strzelanina. Rano, po opadnięciu mgły okazało się, że to wojska sowieckie ostrzeliwały się nawzajem. W bitewnym tym chaosie część wojsk przeprawiła się nawet na zachodni brzeg Bugu. Tam Rosjanie prawdopodobnie dostali srogie baty od Niemców. Po ponownej przeprawie na wschodnią stronę część wojsk sowieckich zatrzymała się w naszym gospodarstwie. Konie i żołnierze byli tak spragnieni, że w ciągu niespełna godziny zabrakło wody w studni. Wojsko sowieckie robiło przygnębiające wrażenie. Byli to naprędce zmobilizowani rezerwiści, przeważnie Ukraińcy. Większość żołnierzy ubrana była w stare, wręcz podarte ubrania. Na nogach stare zniszczone buty, niektórzy wręcz chodzili boso. Prawdopodobnie buty, w które zaopatrzyła ich armia, nie nadawały się do chodzenia. W odpowiednie obuwie żołnierze ci zaopatrywali się dopiero w podbitej Polsce, zabierając je polskim żołnierzom lub cywilom. Większość sowietów nosiła karabiny na sznurkach, a nie na paskach. Głowy mieli nakryte dziwnymi szpiczastymi czapkami z dużymi czerwonymi gwiazdami na przedzie.

Ukraińcy witali wkraczające oddziały sowieckie ze łzami w oczach jako wyzwolicieli z polskiej niewoli. Kobiety pruły nawet swoje najlepsze czerwone spódnice i szyły z nich flagi powitalne. Mieli oni zapewne w pamięci zdarzające się wcześniej na naszych terenach pacyfikacje ludności ukraińskiej przez władze polskie. Teraz, z mocy prawa radzieckiego wszyscy mieszkańcy Zachodniej Ukrainy na terytorium której się znaleźliśmy, zostali wzięci po "ochronę" przed Polakami i Niemcami. Na ludności polskiej wojska sowieckie dokonywały licznych grabieży i gwałtów. Po wejściu do każdego domu polskiego najpierw padał rozkaz "oddawaj czasy" (oddawaj zegarek) a następnie robiono rewizję. Rosjanie zabierali wszystko co miało dla nich jakąś wartość, niekiedy dokonywali również gwałtów. Dlatego kobiety podczas wkraczania wojsk sowieckich musiały się ukrywać. Każdy lepiej ubrany mężczyzna napotkany przez czerwonoarmiejców witany był rozkazem "oddawaj czasy, snimaj sapogi" (oddawaj zegarek, zdejmuj buty). Po pewnym czasie zorganizowano terenowe władze radzieckie a rabunek i gwałty dokonywane przez żołnierzy na ludności polskiej nieco zelżały. Podlegaliśmy już prawom Związku Radzieckiego, choć jeszcze nie byliśmy świadomi, co to dla nas oznacza. Dziś aż nazbyt dobrze wiemy, że w obliczu tego prawa byliśmy "wrogami ludu" i to nie tylko dlatego, że byliśmy Polakami i "kułakami" (bogaczami). Najcięższym naszym przestępstwem w oczach władz bolszewickich było to, że ojciec był legionistą i ochotnikiem na wojnie polsko-bolszewickiej. Za to groziła mu szczególnie surowa kara, której podlegali również wszyscy członkowie rodziny do trzeciego pokolenia włącznie. Nawet wnuki miały ponieść karę za czyny swoich dziadków.

Pamiętam jak wojska sowieckie na skutek donosu nacjonalistów ukraińskich zażądały oddania osobistej broni od ojca, który właśnie powrócił z kampanii wrześniowej. Ojciec broni nie oddawał. Przyszło NKWD, urządzono sąd polowy. Kazali ojcu wykopać sobie grób przed naszym domem. Ojciec spełnił ich rozkaz. Krzyczeli "oddawaj rużio bo rozstrelajem" (oddawaj broń bo zostaniesz rozstrzelany). Nie znając rosyjskiego, w dziecięcej naiwności myślałem, że chodzi im o różę. Przyniosłem różę z ogrodu, za co dostałem kopniaka od sowieckiego żołnierza (Przypis 2). Ojciec twierdził, że broni nie ma ponieważ zgodnie z rozkazem władz polskich oddał ją przed wyruszeniem na wojnę. NKWDzista zapytał, do czego mu była ta broń potrzebna. Ojciec odparł, że dla obrony rodziny przed bandami "Samostinnoj Ukrainy", które niekiedy napadały i okradały nasze gospodarstwo. Informacja o istnieniu tej organizacji na naszym terenie wywarła na NKWDzistach wielkie wrażenie. Ojca nie rozstrzelano, a donosicieli z "Samostinnoj Ukrainy" aresztowano. Prawdopodobnie wszyscy zostali wywiezieni na Sybir. Wydarzenie to wzmogło jeszcze wrogość Ukraińców wobec naszej rodziny. Pamiętam późniejsze nieustanne nocne ataki na nasz dom, które ojciec odpierał z nie oddanej broni. Ojciec ostrzeliwał intruzów strzałami ze strychu, a my leżeliśmy w domu na podłodze. Przed pociskami karabinowymi chroniła nas kamienna podmurówka domu. Jest prawie pewne, że w początkowym okresie niewoli bolszewickiej nie oddana sowietom broń ojca uratowała całą naszą rodzinę przed śmiercią z rąk nacjonalistów ukraińskich. Później władze sowieckie dzięki ogłoszonej amnestii zdołały odebrać broń prawie wszystkim Ukraińcom i Polakom. Również ojciec oddał jeden karabin. Jednak drugi w wielkiej tajemnicy ukrył w domu na wszelki wypadek, chociaż groziła mu za to nieodwołalnie kara śmierci.

Tuż po zakończeniu wojny z Polską, wojska sowieckie przystąpiły do budowy potężnych ziemnych fortyfikacji niedaleko od naszego domu. Dla pozyskania budulca wycięto cały nasz sad owocowy i prawie cały las. Sowieci zaczęli od wycięcia młodego sadu owocowego mimo że w niedalekim lesie mieli do dyspozycji wiele dorodnych drzew sosnowych. Pechowo z budowanych fortyfikacji do sadu było bliżej niż do lasu. Dlatego w pierwszej kolejności wycięto drzewa owocowe. Na prośby ojca, by sadu nie niszczyć żołnierze odrzekli "tiepier eto wsio nasze, uchadi, strelat budiem" (teraz to wszystko jest nasze, odejdź bo będziemy strzelać). Zniszczenie młodego, dobrze owocującego sadu dobitnie świadczyło o barbarzyństwie Sowietów, a zwłaszcza nienawiści żołnierzy narodowości ukraińskiej do Polaków. Nasz dorodny sad owocowy stanowił wyjątek w okolicy, dlatego był solą w zawistnym oku miejscowych Ukraińców. Wśród budujących fortyfikację żołnierzy, jak i wśród okolicznej ludności powszechne było przekonanie, że wkrótce fortyfikacja ta spłynie ludzką krwią. Faktycznie tak się stało. Wraz z całą załogą fortyfikacja ta została obrócona w perzynę 22 czerwca 1941 roku, już w pierwszych godzinach niespodziewanego ataku wojsk niemieckich na Związek Radziecki.

Z nastaniem zimy 1939-1940 roku nasza sytuacja bytowa stała się dramatyczna. Zrabowano nam praktycznie wszystko co było niezbędne do życia. Gnębiąc naszą rodzinę, nacjonaliści z "samostinnoj Ukrainy" uszkodzili nawet piece w naszym domu, co uniemożliwiło nam gotowanie i ogrzewanie mieszkania. Usiłowano nas w ten sposób zmusić nas do porzucenia własnego gospodarstwa. Niestety nie mieliśmy dokąd odejść. Ucieczka do krewnych matki lub ojca w Harcie nie wchodziła w rachubę, ponieważ znalazła się ona za silnie strzeżoną granicą Generalnej Guberni. W tym czasie nasza sytuacja była już tak dramatyczna, że postępowanie Ukraińców wobec naszej rodziny nie podobało się nawet okupantom sowieckim. Kiedyś żołnierze budujący fortyfikacje na naszym terenie wzięli nas w obronę przed rabusiami.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Zygmunt Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).