Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka: II. Deportacja
Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka

II. Deportacja

Niechętnie wracam do wspomnień z ciężkich lat mojej młodości, czasu odbywania na Sybirze kary za bycie Polakiem. Wygląda jednak na to, że jako jeden z młodszego rodzeństwa i tak byłem wybrańcem losu. Nie tylko dlatego, że dane mi było szczęśliwie powrócić do Polski. Moje "szczęście" polegało głównie na tym, że mając wówczas niespełna 6 lat niewiele zapamiętałem z okresu normalnego życia przed zesłaniem. To, co przeżyłem na Syberii było dla mnie prawie normalnością. "Luksus" ten nie był dany moim rodzicom i starszemu rodzeństwu.

Przyszli około godziny czwartej nad ranem dnia 10 lutego 1940 roku. Otoczyli nasz dom. Zaczęli walić kolbami karabinowymi w drzwi wejściowe do domu i krzyczeć “zdzieś sowieckoja właść, otwieraj dwiery” (tu władza radziecka, otwieraj drzwi). Po otwarciu drzwi do mieszkania wdarli się NKWDziści z bronią w rękach gotową do strzału i ogłosili rodzicom, że cała nasza rodzina jest aresztowana za “kułactwo”, za wrogi stosunek do władzy radzieckiej i za wrogi stosunek do bratniego narodu ukraińskiego. W domu powstał rozpaczliwy błagalny lament żeby tego nie robili. Zdecydowanym działaniem pod groźbą użycia broni NKWDziści dosyć szybko opanowali sytuację. Kazali Matce natychmiast wszystkich w domu obudzić i ubrać. Ojciec od samego początku najścia NKWD trzymany był pod bronią z rękami podniesionymi do góry z twarzą obróconą do ściany w jednym w pokoju w kącie i pod groźbą zastrzelenia nie wolno było Mu się ruszać z miejsca. Budzeniem i ubieraniem całej rodziny musiała zajmować się Matka pod nadzorem NKWDzisty. Ze względu na zbyt wczesną porę Matka miała wielkie kłopoty z obudzeniem i z ubraniem młodszego rodzeństwa. Po pewnym czasie udało im się, spędzili wszystkich do pokoju w kąt, w którym znajdował się Ojciec i nadal przez pewien czas nas wszystkich razem trzymali pod bronią. Nie wolno było nam rozmawiać i porozumiewać się miedzy sobą. Strasznie ich denerwował płacz mnie i młodszego rodzeństwa z powodu nagłego wyrwania z głębokiego snu w porze nocnej. W tym czasie inni NKWDziści zrobili drobiazgową rewizję w domu i dokładnie przeszukali całe obejścia gospodarcze. Następnie kazali się szybko zbierać, bo zostaniemy wywiezieni. Ojcu nadal nie wolno było ruszać się z miejsca. Przygotowaniem do podróży pod ścisłym nadzorem NKWDzistów zajmowała się tylko Matka i starsze rodzeństwo. Pozwolili zabrać tylko 10 kg bagażu na osobę. Jedna z osób, która brała udział w obstawie naszej wywózki w tajemnicy powiedziała do Mamy, że należy zabrać ze sobą dużo żywności. Niestety, w tym dniu nie było w domu chleba, a tylko przygotowane do jego wypieku ciasto. Jednak Mamie udało się zabrać parę kur, dosyć duży kawałek słoniny, trochę mąki i kaszy. Cały dorobek rodziców i starszego rodzeństwa został bezpowrotnie utracony w ciągu tego jednego dnia - 10 lutego 1940 roku. Na pytanie Ojca dlaczego nas wywożą całą rodziną, odpowiedzieli, że jesteśmy aresztowani i musimy być przewiezieni całą rodziną w inne bezpieczne dla nas i dla władzy radzieckiej miejsce. Po prostu tylko dla naszego dobra biorą nas w obronę, bo tutaj szybko możemy wszyscy zginąć. Dlatego wywożą nas na “biełyje miedwiedi” (białe niedźwiedzie), gdzie nam tam będzie tak dobrze jak w “kurorcie” (sanatorium). Przypuszczaliśmy już, o jaki to kurort chodzi. Po upływie niespełna 40 minut od momentu najścia NKWDziści kazali nam wszystkim wyjść na zewnątrz domu. Pod eskortą zawieźli nas ukraińskimi saniami na punkt zbiorczy do szkoły w Zapolu. Było tam już parę deportowanych polskich rodzin, których w miarę upływu czasu wciąż przybywało. Wśród osób zajmujących się wywózką Polaków, oprócz NKWD byli przeważnie Ukraińcy, chociaż wśród nich nie brakowało również Żydów. Ukraińcy biorący udział w deportacji Polaków byli bardzo zadowoleni z pełnionej ich zdaniem historycznej roli. Uważali, że biorą sprawiedliwy odwet za krzywdy, jakie ich rzekomo wcześniej spotkały ze strony Polaków. Będąc pod wpływem oszukańczej propagandy sowieckiej byli przekonani, że wreszcie będą sami rządzić się we własnym kraju. Po przywiezieniu nas do szkoły w Zapolu okazało się, że jesteśmy zbyt słabo ubrani. Wysłano ekipę do naszego domu po resztę odzieży, głównie po resztę rzeczy do spania. W domu już niczego nie było. Okoliczna ludność ukraińska o terminie naszej deportacji dobrze już wcześniej wiedziała i natychmiast po opuszczeniu przez nas domu dokonała masowego szabru w naszych zabudowaniach wszystkiego tego, co pozostało jeszcze użyteczne. Ponieważ tego dnia był bardzo silny, ponad 20-stopniowy mróz, przydzielono nam służbowe kożuchy na czas dowozu na stację kolejową. W godzinach popołudniowych wszystkie zgromadzone w szkole w Zapolu rodziny polskie przewidziane do deportacji przewieziono zbiorowo na stację kolejową do Lubomla. W tym czasie na stację w Lubomlu masowo dowożono polskie rodziny z całej okolicy, nawet z odległości ponad 25 kilometrów. Deportowano głównie rodziny osadników wojskowych, leśników, policjantów, sędziów, prokuratorów i nauczycieli. Wywożono wszystkich tych, których sowieci obawiali się najbardziej - ludzi, którzy mogliby stworzyć podziemne organizacje wojskowe i stawiać czynny opór władzy radzieckiej. Na stacji kolejowej służbowe kożuchy nam odebrano i załadowano do krytych wagonów towarowych. Do wagonu o powierzchni około 20m2 ładowano od kilku do kilkunastu rodzin, łącznie 35 - 40 osób. Wagony te wcześniej były przystosowane do przewożenia więźniów i być może również w tym czasie były używane do przewożenia wojska sowieckiego na front fiński. Wagon zaopatrzony był w kilkupiętrowe prycze do leżenia i posiadał żelazny piecyk do ogrzewania. W wagonie panował straszny ścisk. Zabrakło miejsca dla wszystkich na pryczach. Dlatego nadzorcy decydowali, kto i gdzie ma się ulokować w wagonie. Naszej rodzinie wyznaczono środkową pryczę. Tych, dla których na pryczach zabrakło miejsca, lokowano na podłodze w pośrodku wagonu. Ojca, jako bardzo niebezpiecznego dla władzy radzieckiej, odizolowano w oddzielnym, silnie strzeżonym wagonie. W ten sposób sowieci od samego początku tułaczki w nieznane pozostawili na pastwę losu ciężarną Matkę z 9-ciorgiem dzieci. Wszystkie wagony zostały starannie zaryglowane i obsadzone strażnikami z bronią gotową do strzału. Do dziś mam w uszach jęk pieśni “Boże coś Polskę”, gdy z łoskotem kół wagonowych o szyny kolejowe wśród ostrej zimy cały transport ruszał w nieznane. Wieziono nas długo o głodzie i chłodzie. Czasami na specjalnie wybranych stacjach cały transport był dookoła obstawiany przez krasnoarmiejców z bronią gotową do strzału, wszystkie drzwi do wagonów otwierano i robiono specjalne postoje pokazowe dla okolicznej ludności jak to władza radziecka poskromiła tych polskich “burżujów” (bogaczy). Ciekawskich było wielu. Nawet przyprowadzali młodzież szkolną i przedszkolną. Jednak prawie wszyscy byli zawiedzeni, co było widać po ich milczących twarzach. Wcześniej byli oni przekonani, że ci polscy burżuje to jakieś nienormalne postrachy, których tylko przy pomocy silnej robotniczo-chłopskiej władzy radzieckiej udało się ich poskromić, a okazało się, że to tacy sami biedni ludzie jak oni sami. W Orle, podczas okolicznościowej masówki pokazującej nas jako wrogów ludu, pewien propagandzista sowiecki w swoim przemówieniu wypomniał nam nawet “Cud nad Wisłą”. W swym buńczucznym przemówieniu aktywista ów stwierdził, że tym razem nawet “Boża Mać” (Matka Boska) nas nie uratuje od nieuchronnej surowej kary ze strony władzy radzieckiej za ciemiężenie bratniego narodu ukraińskiego i za sabotowanie w udzieleniu inernalistycznej pomocy Związku Radzieckiego Europie Zachodniej w przeprowadzeniu ogólnoeuropejskiej rewolucji proletariackiej. Celem tej rewolucji miało być wyzwolenie robotników i chłopów całej Europy z kajdanów wyzysku kapitalistycznego i stworzenie tam ustroju sprawiedliwości społecznej, na wzór jaki obecnie istnieje wśród bratnich narodów Związku Radzieckiego. W chwilę później aktywista ten poślizgnął się i uderzył głową w szynę kolejową. Zabrano go na noszach i masówkę przerwano.

Wieziono nas długo. Często pociąg miał długotrwałe postoje w szczerym polu lub na bardzo małych stacyjkach kolejowych. Prawdopodobnie w tym czasie transporty kolejowe często grzęzły w zaspach śnieżnych podczas silnych opadów śniegu i zadymek śnieżnych. Podczas całej tej podróży w nieznane tylko raz pod silną eskorta doprowadzono Ojca do naszego wagonu dla zobaczenia się z całą naszą rodziną. W czasie transportu bezpośrednio w wagonach nie udzielano żadnej pomocy medycznej ludziom chorym. Ludzi chorych traktowano jako symulantów, których jedynym zamiarem jest próba ucieczki z transportu. Tylko osoby chore na choroby zakaźne były zabierane z transportu i później wszelki ślad po nich zaginął. Prawdopodobnie natychmiast były uśmiercane. Dlatego po pewnym czasie wszyscy w transporcie wiedzieli o tym, że nie wolno jest przyznawać się do tego, że jest się chorym. Osoby zmarłe z zimna, chorób lub z wycieńczenia trzymane były w wagonach razem z żywymi aż do stacji docelowej w Archangielsku, ponieważ konwojenci musieli się dokładnie rozliczyć z całego stanu osobowego po dotarciu transportu na miejsce przeznaczenia. Takie postępowanie miało przeciwdziałać ewentualnym ucieczkom. Po drodze oglądaliśmy transporty kolejowe rozbite prawdopodobnie w kampanii fińskiej. Niektóre kryte wagony były bardzo podziurawione przez kule karabinowe, na których było widać jeszcze krew. Jeden z krytych wagonów w połowie wysokości dosłownie miał ścięty dach od serii z karabinów maszynowych. Z ilości zniszczonych transportów wynikało, że pomimo druzgocącej przewagi sowieci ponosili znaczne straty w wojnie z Finlandią.

W czasie transportu brakowało nam jedzenia, opału i wody. Wodę zdobywano topiąc śnieg nawiewany do wagonu przez otwór ubikacyjny w podłodze wagonu, lub czerpany był bezpośrednio z torowiska przez ten otwór. Co parę dni, na specjalnych postojach na dużych węzłowych stacjach kolejowych, nagle do wagonu otwierano drzwi przy silnej obstawie i wrzucano parę bochenków chleba, wstawiano wiadro zupy i wiadro wody, a raczej lodu, wrzucano również parę polan drewna. Podczas tego “zaopatrywania” nie wolno było stać w pobliżu drzwi i komukolwiek z kimkolwiek nie wolno było rozmawiać. Po “zaopatrzeniu” drzwi natychmiast były zamykane i ryglowane. To co dawali było tylko kroplą w morzu potrzeb. Wreszcie dowieziono nas do Archangielska. Było to prawdopodobnie 3 marca 1940 roku, chociaż inni twierdzili, że było to znacznie później. Jak na ironię, przywitał nas tam występ jakiegoś rosyjskiego zespołu artystycznego, sławiącego przyjazne i dostatnie życie bratnich narodów radzieckich. Po tej “okazałej uroczystości powitalnej” dla celów “archiwalnych” zostaliśmy poddani szczegółowemu spisowi, łącznie z pobraniem odcisków dłoni i z wszystkich palców u rąk. Tutaj okazało się, że wśród deportowanych Polaków znajdowali się również nieliczni Ukraińcy i Żydzi. Później po ponownym dokładnym sprawdzeniu naszej tożsamości i po zarejestrowaniu jako “zakljuczonnyje” (aresztanci) zostaliśmy przydzielani do poszczególnych miejscowości odosobnienia w archangielskiej “obłasti” (okręgu). Nasze miejsce stałego odosobnienia aż do końca podróży było utrzymywane w ścisłej tajemnicy przed nami. Znowu zostaliśmy poddani w niesłychanie trudnych warunkach zimowych dalszej podróży z Archangielska do miejsc naszego stałego pobytu. Mieliśmy i tak dużo szczęścia, ponieważ tylko rodziny z dziećmi były ładowane na odkryte samochody ciężarowe i przy silnej zadymce śnieżnej wiezione w głąb tajgi do miejsca stałego odosobnienia. Inni, przeważnie samotni dorośli, mieli mniej szczęścia, bo do miejsca swego przeznaczenia musieli iść na piechotę. Śmiertelność w tej grupie była bardzo duża. Ojca zabrano na piechotę w innym kierunku, do “specłagru” (obóz o szczególnie obostrzonym rygorze), przy tym nie informując naszej rodziny, gdzie będzie On się znajdował. Również Ojciec nie wiedział, gdzie zostanie ulokowana Jego rodzina. Był wówczas bardzo silny, dochodzący nocami nawet do 40 stopni, mróz. W czasie jazdy przez zasypane śniegiem drogi nie tylko ludzie zamarzali z zimna, ale często zamarzały również silniki samochodowe. Tym razem z zamarzniętymi na śmierć ludźmi nie robiono sobie problemu - po zdjęciu odzienia ciała wyrzucano w śnieg. Władze sowieckie nie obawiały się, że ktoś z tego miejsca zdoła jeszcze uciec. Zwłoki były prawdopodobnie pożerane przez wilki wałęsające się w niedalekiej odległości od dróg transportu zesłańców. Później opowiadano nam, że przez długie lata w okresie letnim widać było wiele ludzkich szkieletów przy drogach transportu zesłańców w głąb tajgi i nikt nie poczuwał się do obowiązku ich pochowania. Kierowcami samochodów były przeważnie kobiety, które strasznie rozpaczały, że nas wszystkich wymrożą. Korpusy zamarzniętych silników samochodowych oblewały ropą i podpalały. Części silnika, które były wrażliwe na ogień oblepiano śniegiem i okręcano workami jutowymi. Po dzień dzisiejszy mam zakodowany w umyśle ten straszny zapach spalenizny z rozgrzewanych w ten sposób silników samochodowych. Tak rozgrzane silniki ponownie uruchamiano i kolumna samochodowa ruszała w dalszą podróż, jednak po niedługim czasie silniki ponownie zamarzały lub samochody grzęzły w potężnych zaspach śnieżnych. Do wypychania samochodów z zasp śnieżnych ciągle zapędzano wynędzniałych, zmarzniętych i wygłodniałych transportowanych zesłańców. Efekty ich wysiłków były bardzo mizerne. Z tych powodów kolumna samochodowa poruszała się niezwykle powoli, nawet wolniej niż gdyby podróż odbywała się na piechotę. Siedzieliśmy razem całą rodziną na jednym samochodzie z kocami i pierzynami na głowie. Matka ciągle sprawdzała czy jeszcze żyjemy, czy ktoś z nas nie zamarzł. W takich warunkach po kilku dniach dowieziono nas prawdopodobnie do Wągi. Po dotarciu naszego transportu prawie wszyscy z tej miejscowości zbiegli się, aby na własne oczy zobaczyć tych polskich “burżujów”. Z ilości gapiów wynikało, że była to stosunkowo duża miejscowość jak na warunki syberyjskie. Tutejsza ludność widząc pożałowania godny nasz stan, przy milczącej zgodzie naszych konwojentów, usiłowało nam pomóc czym tylko mgła. Tam zrobiono nam przerwę w podróży, ponieważ samochody nie miały żadnych szans dalej jechać. Powiedziano nam, że przygotowują dla nas inny środek transportu na dalszą drogę do miejsc naszego przeznaczenia. Cały nasz transport rozlokowano w pustej, nie ogrzewanej cerkwi. Spać trzeba było na posadzce. Z tego zdarzenia w pamięci utkwił mi niesamowity widok zorzy polarnej poprzez cerkiewne okna przy blasku księżyca, ta gra barw i krzyki zmarzniętych i zamarzających ludzi wołających, że im się Bóg objawił. Pamiętam jak zmordowana do granic wytrzymałości moja Matka jednak nie spała i ciągle sprawdzała czy jeszcze żyjemy.

Później załadowano nas na sanie ciągnięte przez renifery, a ich poganiaczami byli Eskimosi. Ubrani byli od stóp do głów tylko w same skóry z reniferów. Jak na pierwszy raz był to niesamowity widok. W noszonych przez Eskimosów skórach były tylko widać niewielkie otwory na oczy i usta. Okrycie tułowia łącznie z nakryciem głowy, rąk i nóg stanowiło jedno odzienie, które nakładano i zdejmowano tylko od góry przez głowę. Ze skóry wykonane były również spodnie połączone z butami, na które nakładano dodatkowe skórzane wysokie buty. Eskimosi mieli strzelby myśliwskie dla ochrony przed wilkami. Nasz transport składał się z kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu sań. Na przedzie sań, zaprzężonych przeważnie do jednego lub dwóch reniferów, siedział Eskimos jako poganiacz. Renifer był przez poganiacza kłuty tuż pod ogonem za pomocą specjalnej tyczki, musiał iść do przodu, czy mu się to podobało, czy nie. Eskimos doskonale panował nad reniferem. Ciągnione przez renifery sanie poruszały się w jednej kolumnie, dla ułatwienia jazdy w kopnym śniegu. Pierwsze sanie w kolumnie przecierały drogę w śniegu i dlatego nie wiozły pasażerów i zaprzężone były do najsilniejszych reniferów. Na pozostałych saniach siedziały dwie osoby dorosłe lub czworo dzieci. Siedzenia na saniach były wyłożone sianem, które jednocześnie stanowiło zapas karmy dla reniferów W czasie transportu żywiliśmy się jedynie zamarzniętym surowym mięsem z reniferów. Nie było chleba i wody do picia. Nie dawano żadnej ciepłej strawy. Zamiast wody do dyspozycji był tylko śnieg, o możliwości stopienia którego nie było mowy. Razem z braćmi siedzieliśmy w czwórkę w jednej skrzyni na sianie od góry przykryci kocem. Nagle, prawdopodobnie podczas pokonywania dużej zaspy śnieżnej na bezdrożach, sanie się przechyliły i skrzynia wraz z nami wszystkimi wpadła w śnieg do góry dnem. Poganiacz naszych reniferów tego nie zauważył i pojechał dalej w kolumnie, a myśmy zostali sami na pustkowiu w śniegu przykryci od góry skrzynią. Eskimosi jadący za naszymi saniami widzieli ten wypadek, jednak w szalejącej zadymce śnieżnej nie mogli udzielić nam pomocy i mieli duże trudności z zawiadomieniem naszego poganiacza. Dopiero po pewnym czasie udało się im zatrzymać transport. Gdy Mama odkryła, że nas nie ma, zrobiła wielką rozpaczliwą awanturę. Mama żądała, aby Eskimos natychmiast po nas zawrócił. Eskimos zbytnio nie chciał po nas sam wracać. Wykręcał się twierdząc, że być może już nas pożarły wilki, ponieważ w czasie prawie całej podróży renifery zachowywały się niespokojnie, co świadczyło o obecności w pobliżu wilków. Mama nie ustąpiła i część transportu zawróciła odnajdując nas żywych w niezbyt dużej odległości od miejsca poprzedniego postoju. Prawdopodobnie wataha wilków podążała tuż obok z przodu kolumny i nas nie zauważyła. Później dowiedzieliśmy się, że wilki kilka razy próbowały atakować renifery z czoła kolumny. Ich zakusy były poskramiane przez Eskimosów strzałami z broni myśliwskiej. Wrażenia z dalszej podróży były niesamowite: bezkresne pustkowie tajgi, zasypane po horyzont śniegiem, w nocy na dodatek widok zorzy polarnej. Wrażenie potęgował łoskot pni drzew pękających od silnego mrozu. Początkowo myślałem, że to są odgłosy wystrzałów armatnich. Mimo, że już był to marzec, to na dalekiej północy w tym czasie przez znaczną część doby panowała jeszcze noc polarna. W dni pochmurne trudno było odróżnić dzień od nocy. Różnica polegała tylko na jaśniejszej szarości w ciągu dnia i na większej ciemności w nocy. W pogodne dni, nisko nad horyzontem pojawiało się na krótką chwilę słońce. No i oczywiście tylko w nocy było widać zorzę polarną. Wydawało się, że nikt i nic nie jest wstanie uratować nas od niechybnej zguby na tym bezkresnym pustkowiu, na tej nieludzkiej ziemi zapomnianej przez Boga. Wreszcie, prawdopodobnie po 33 dniach, a niektórzy twierdzą, że nawet było to już po sześciu tygodniach od dnia naszej wywózki, dowieziono nas do celu. Miejscem naszego stałego odosobnienia okazał się “posiołek” (osada) Jożma, położona wśród bagien nad małą rzeką również o nazwie Jożma, oddalona od Archangielska w linii prostej na północny wschód o ponad 300 kilometrów, a od Polski ponad 4000 kilometrów. Zrazu poinformowano nas, że zostaliśmy tutaj skierowani na prawach “zakljuczonnych” (aresztowanych) aż do “konczyny” (śmierci), i że musimy dobrze pracować, aby odkupić swoje winy popełnione wobec narodu radzieckiego. Pod żadnym pozorem bez zgody “naczalnika posiolka” nie wolno nam było oddalać się poza rejon zabudowań tej miejscowości. Nawet nie wolno było samowolnie udawać się do okolicznych lasów, na przykład po drzewo do opału, a w lecie nawet do zbierania runa leśnego. Nie wolno było również łowić ryb w obok płynącej rzeczce. Z wykonaniem zakazu łowienia ryb władze posiołka nie miały żadnego problemu, ponieważ nikt z zesłańców nie posiadał przy sobie jakiegokolwiek sprzętu do łowienia ryb. Wszystko należało wykonywać na rozkaz. Kara za złamanie tych zakazów dla pełnoletnich mężczyzn była tylko jedna - wsadzenie do “łagru”, a dla kobiet - wsadzenie do “tiurmy” (więzienia). Za łamanie tych zakazów przez dzieci pełną odpowiedzialność ponosili ich rodzice. Na zakończenie wyliczania zakazów “naczalnika posiolka” stwierdził, że jedynie co nam tu wolno, to “umirat'” (umierać). Później okazało się, że kto ściśle przestrzegał te zakazy, to nie miał tam żadnych szans na przetrwanie. Głównie odnosiło się do zakazu wchodzenia bez pozwolenia do lasu, a zwłaszcza latem, gdzie czasem pojawiały się grzyby i jagody. Zakwaterowano nas w barakach z nieheblowanych drewnianych bali, pozostałych prawdopodobnie po wcześniej już wymarłych zesłańcach. Szczeliny między balami uszczelnione były tylko przy pomocy mchu. W baraku, w pomieszczeniu o wielkości 5x6m lokowano 4 rodziny bez względu na liczebność. W izbie znajdowały się prycze zbite z nieheblowanych desek, a na środku stał żelazny piecyk. Niektóre baraki były zwykłymi kurnymi chatami. Ciżba ludzka w początkowym okresie w tych pomieszczeniach była straszna, ale za to było cieplej w zimie. Nasi prześladowcy dobrze wiedzieli o tym, że na skutek licznych zgonów w niedługim czasie w pomieszczeniach tych zrobi się znacznie luźniej. W zimie zmarłych wywożono do lasu i po prostu wyrzucano w śnieg. Dla “zabezpieczenia” przed dzikimi zwierzętami zwłoki z wierzchu przykrywano gałęziami i żerdziami. Ale te “zabezpieczenia” nie odnosiły prawie żadnego skutku. Dzikie zwierzęta podkopami w śniegu i tak dobierały się do tych zwłok. Dopiero na wiosnę ich szkielety przeważnie ogryzione przez wilki lub przez lisy były grzebane w ziemi. W Jożmie rozlokowano tylko rodziny z małymi dziećmi. W rozumieniu naszych prześladowców, chyba faktycznie znaleźliśmy się w tym wcześniej nam obiecywanym “kurorcie”. Inni trafili znacznie gorzej, bo wprost do tajgi. Aby nie zamarznąć palili potężne ogniska, przy których siedzieli w nocy, a w dzień wyrąbywali tajgę, i sami dla siebie musieli budować baraki. Ludzi przewlekle chorych i kalekich odtransportowano na tzw. “X- punkt”, lub w “Krasnyj Bor”. Zgromadzono tam prawie pięćset osób chorych, kalekich i inwalidów, którzy w krótkim czasie prawie jednocześnie wszyscy zmarli. Padło podejrzenie, że zostali tam celowo zbiorowo otruci.

Jożma stanowiła niejako centralny obozowy punkt przymusowej pracy, w której znajdowała się infrastruktura “łagrowa” wraz z jego “naczalstwem” (kierownictwem). Tutaj przeważnie znajdowały się rodziny deportowanych, głównie matek z dziećmi. Natomiast w okolicznych lasach bagnistej tajgi, w niedalekim położeniu od Jożmy znajdowały się liczne “łagpunkty” (podobozy), w których znajdowali się więźniowie różnych narodowości. Przeważnie wszyscy byli zatrudnieni przy wyrębie i przy spławianiu drewna z lasów tajgi. Często kolumny tych więźniów przechodziły przez Jożmę. Dla nas, a zwłaszcza dla Matki i dla starszego rodzeństwa w początkowym okresie pobytu na Sybirze był to widok niesamowicie przygnębiający. Nie byli już to zwykli ludzie, lecz przygarbione szkielety ludzkie o mętnym, zrezygnowanym spojrzeniu. Ubrani byli w postrzępione waciane łachmany. Na nogach mieli zniszczone walonki. Niektórzy z nich w ogóle na nogach nie mieli żadnego obuwia. Nogi mieli poowijane tylko samymi szmatami, a od spodu zamiast podeszwy służył im przywiązany kawałek opony samochodowej lub drewna. Każdy ich krok do przodu był niezwykle powolny i wykonywany był z dużym wysiłkiem. Czasem podczas powrotu z pracy, niektórzy z nich nie mogli już iść o własnych siłach i przy dużym wysiłku na zmianę niesieni byli przez innych. Po twarzach tych niesionych nieszczęśników widać było, że los ich jest już przesądzony.

Od samego początku zsyłki znaleźliśmy się w okropnych warunkach mieszkaniowych i bytowych. Na wnoszone zastrzeżenia odpowiadano nam: “wy jebione Polaki pryjechali wy w plen, ili w kurort” (wy pieprzeni Polacy przyjechaliście w niewolę, a nie do uzdrowiska). Prawie każdego, kto tylko nadawał się do pracy, od razu zapędzono do wyrębu lasu. Tylko nieliczni dostali lżejszą pracę. Moja Matka początkowo pracowała w tzw. “szpitalu” w Jożmie, później gotowała dla inwalidów na “X punkcie”. Mama tą lżejszą pracę otrzymała tylko dlatego, że była w ciąży. Najstarsza siostra, Stasia początkowo pracowała jako “lesorub” (drwal) przy wyrębie lasu. Kiedyś podczas powrotu z pracy w lesie w czasie przechodzenia przez kładkę na rzecze Jożma na skutek przemęczenia nie utrzymała równowagi i wpadła do rzeki, lud się załamał i tylko dzięki przytomności koleżanek cudem została uratowana prze niechybnym utonięciem pod lodem. Później prała bieliznę i paliła w łaźni obozowej dla inwalidów. Siostra Zosia początkowo również pracowała jako “lesorub” przy wyrębie lasu, później na “X punkcie” opierała pięćset inwalidów aż do ich śmierci. Ponadto sprzątała biura i gotowała dla obsługi obozu. Pracujący dziennie otrzymywał 400 g chleba i bardzo mizerne wynagrodzenie w rublach, za które praktycznie nic nie można było tam kupić. Natomiast niepracujący dzienny przydział chleba otrzymywał początkowo w wysokości 200 g, a później, po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, już tylko 100 g. Przy posiadanym sprycie podczas pracy w szpitalnej kuchni Mamie prawie każdego dnia udawało się przynieść do domu coś dodatkowego do jedzenia dla nas. Ta możliwość “dożywiania” w początkowym, tak bardzo trudnym dla nas okresie pobytu na Sybirze uratowała nas przed widmem śmierci głodowej.

Okazało się, że w wyjątkowo nieludzkich warunkach zimowych deportacji ludzi dorosłych nadających się do pracy było niewielu z powodu zgonów, chorób i wycieńczenia. Władze sowieckie zamiast dużej liczby taniej siły roboczej do wyzysku otrzymały balast schorowanych ludzi “do utrzymania”. Tak więc nie spełniło się główne założenie ekonomiczne władz sowieckich, że deportowani ludzie będą tanim kosztem wykorzystywani aż do ich śmierci, która miała nastąpić średnio po 5 latach niewolniczej pracy. Dlatego dopiero po upływie pięcioletniego okresu do tych samych miejsc planowano nowe dostawy zesłańców dla wyzysku taniej siły roboczej. Wynika z tego, że w nieludzkim systemie bolszewickim wszystko był dokładnie planowane. Tak jak w gospodarce sowieckiej obowiązywały “piacioletki” (plany pięcioletnie), tak i w zsyłkach do tych samych miejsc miały obowiązywać pięcioletnie okresy. W przypadku naszej pierwszej masowej deportacji z terenów wschodnich Polski w lutym 1940 roku, ten planowany pięcioletni okres “wymiany” okazał się całkowicie chybiony ze względu na zastosowanie szczególnie nieludzkich warunków bytu w czasie deportacji i zaraz po deportacji, co spowodowało masową śmiertelność już w pierwszym roku zesłania. Dlatego następne masowe deportacje ludności polskiej z terenów wschodnich Polski władze sowieckie organizowały już nie w okresach zimowych, lecz w okresach wiosennych i letnich, stosując przy tym znacznie złagodzone rygory transportu. Podobno w złagodzeniu rygorów następnych po naszej deportacji również pomogły masowe protesty opinii światowej. Jednak 10 lutego 1940 roku deportacji poddano najbardziej niebezpiecznych dla władzy radzieckiej “przestępców”, a ich los miał być poważnym ostrzeżeniem dla innych potencjalnych jej przeciwników. Żniwo śmierci w tym początkowym okresie pobytu zesłańców w Jożmie było straszne. W przeciągu niespełna roku wymarła prawie połowa deportowanych tam Polaków. Podobno powszechnym znakiem rozpoznawczym, że ktoś niedługo umrze był fakt, że wszy z takiego osobnika nagle zaczynały uciekać. Dlatego tam powszechnie panowało przekonanie, że dopóki ciała trzymają się wszy, to się jeszcze szybko nie umrze. Miejscowi powiadali: “poka woszy imiejsz, poka żyw budziesz” (dopóki wszy masz, dopóty żywy będziesz). Nawet miejscowi lekarze tym sposobem rozróżniali, który z chorych będzie jeszcze żył a który z nich szybko umrze. W pierwszej kolejności umierali tam głównie mężczyźni i inteligencja. Okazało się jednak, że liczne zgony deportowanych Polaków były dobrym interesem dla lokalnych władz posiołka. Dosyć twórczo przystosowali oni do sowieckiej łagrowej rzeczywistości z 19-go wieku carską metodę “Martwych dusz” z powieści Gogola. Przez pewien czas celowo utrzymywali oni prawie każdy zgon w tajemnicy przed władzami z zewnątrz i za okres ten głównie dla siebie za “martwe dusze” nadal pobierały należne im przydziały, głównie żywności. Szczególnie proceder ten na wielką skalę był stosowany w miejscowej umieralni, czyli w “bolnicy” (“szpitalu”). Być może, że czasem z tego procederu w “bolnicy” korzystali również polscy zesłańcy. Po znajomości, w ścisłej tajemnicy przed nadrzędnymi władzami, pod nazwiskiem już zmarłego na jakiś czasu do “bolnicy” była przyjmowana inna żyjąca osoba dla podratowania utraconego zdrowia powstałego w skutek silnego niedożywienia. W “bolnicy” wyżywienie było również słabe, jednak zawsze lepsze niż to, które było dostępne w domu. W ten sposób oddalano na jakiś czas widmo śmierci głodowej. W czasie pobytu w “bolnicy” osoba będąca pod nazwiskiem “martwej duszy” otrzymywała drugi przydział żywności w domu, głównie chleba. Ale taką kombinację dosyć łatwo można było przeprowadzać tylko z osobami nie pracującymi, głównie z dziećmi. Podobno w początkowym okresie naszego pobytu na Sybirze, który był wyjątkowo bardzo trudnym dla nas do przeżycia okresem głodowym, nawet z procederu “martwych dusz” parę razy skorzystała młodsza, jeszcze nie pracująca część naszej rodziny.

Pod koniec 1940 roku w warunkach znacznego wycieńczenia głodowego mnie, mojego starszego i młodszego brata odebrano matce i przekazano do “dietdomu” (rosyjskiego domu dziecka) w Pinidze, w którym prawdopodobnie było 50 polskich dzieci. “Dietdom” w Pinidze był oddalonej od Jożmy o około 40 kilometrów. Byłem wówczas już w takim stanie wycieńczenia, że nawet nie pamiętam w jaki sposób nas tam dostarczono. Prawdopodobnie przekazano nas bez wiedzy Matki bezpośrednio z “bolnicy” (szpitala) w Jożmie. Być może, że właśnie to zdarzenie z przekazaniem nas do “dietdomu” uratowało nam później życie od śmierci głodowej. W “dietdomie” od razu zmieniono nam imiona i nazwisko. Miałem podobne do polskiego imię i nazwisko. Nazywałem się Zigmunt Spiwak. W Rosji nazwisko Spiwak było dosyć popularnym nazwiskiem, podobnie jak w Polsce Kowalski, czy Nowak. Młodszy brat o imieniu Mieczysław otrzymał rosyjskie imię Sławik. Starszy brat o imieniu Tadeusz dostał imię Tadzik. Koszmar odebrania mnie Matce i oddania do “dietdomu” przeżyłem strasznie i to nie tylko z samego powodu nagłego oddalenia od Matki, ale i dlatego, że najpierw zostaliśmy poddani prawie 2-tygodniowej “kwarantannie” w całkowitej ciemnicy pod zamknięciem, prawdopodobnie zrobiono to pod pretekstem zakażenia świerzbem i później z byle powodu byliśmy tą ciemnicą karani. Siedząc w ciemnicy podczas “kwarantanny” w ogóle nie spałem i tylko nasłuchiwałem kiedy mnie z niej wypuszczą. Prawdopodobnie już wówczas prawie na stałe straciłem zdolność do normalnego snu. Mój młodszy brat w oddzielnym pomieszczeniu tuż obok mego pokoju tylko z małymi przerwami ciągle płakał i krzyczał “ja chcę do Mamy”. Ja natomiast w ogóle nie mogłem płakać i tylko nasłuchiwałem, gdy brat choć na krótką chwilę przestawał płakać, myśląc, że został zwrócony Matce, zaraz zaczynałem walić w drzwi i krzyczeć, żeby i mnie również oddali Matce. Początkowo próbowano mnie uspakajać metodą perswazji. Nie odnosiło to żadnego dla nich skutku. Później zaczęto mnie uspokajać za pomocą tak zwanych “szturchańców” - po prostu byłem bity. Skutek takiego postępowania wobec mnie był odwrotny od zamierzonego. Po takiej nauczce jeszcze mocniej waliłem w drzwi. Nie widząc innego wyjścia z czasem zaprzestano reagować na moje zachowanie, ale dobrze zapamiętali moją zadziorność, co w przyszłości odczuwałem na każdym kroku. Trzy razy dziennie wchodzono do mojej ciemnicy z czerwoną lampą naftową i przynoszono mi jedzenie. Siedząc przez dłuższy czas w ciemnościach traci się rachubę czasu i dosyć szybko z góry zaplanowanym skutkiem wychowawczym zapomina się o wszystkim, o czym wcześniej jeszcze dobrze się pamiętało. Czerwone światło podczas przynoszenia posiłków miało prawdopodobnie niejako celowo zakodować w moim umyśle przekonanie, że tylko w czerwonym jest nadzieja. Ja, a zwłaszcza mój starszy brat Tadeusz byliśmy prawie najstarszymi dziećmi w tym “dietdomie”. Postanowiono nas wszystkich całkowicie zrusyfikować na obywateli radzieckich. Na każde polecenie wychowawczyni trzeba było odpowiadać “tak toczno” (tak jest). Na zarzut, że się kłamie - “niet, czestne słowo” (nie, słowo honoru). Na pytanie komu masz służyć, należało stojąc na baczność odrzec “służu Sowieckomu Sojuzu” (służę Związkowi Radzieckiemu). Wychowawczynie miały ze mną wiele kłopotu w nauczeniu języka rosyjskiego. Wszyscy trzej nie znaliśmy słów rosyjskich, mieliśmy “płochoje udarenje” (zły akcent). Na każde życzenie swojej wychowawczyni musiałem recytować wierszyk pod tytułem “poczemu szagajesz w szkołu” (dlaczego chodzisz do szkoły). Za każdym razem wychowawczyni twierdziła, że nadal mam “płochoje udarenje” i dlatego “pionierom nie budziesz" (pionierem nie będziesz). Pionierzy w “dietdomie” w odróżnieniu od pozostałych wychowanków nosili “gaustuki” (czerwone chusty zawiązane na szyi), co było przedmiotem wielkiej zazdrości dla dzieci, które nie miały tego przywileju. W “dietdomie” otrzymywaliśmy posiłki trzy razy dziennie: “zawtrak, obied i użyn” (śniadanie, obiad i kolacja). Ogólnie rzecz biorąc posiłki były dosyć skromne i prawie przez cały dzień chciało się jeść. Szczególnie było się bardzo głodnym parę godzin po posiłku. Dlatego czas się “dłużył” między posiłkami. Po prostu nie można było doczekać się następnego posiłku. Każdorazowe wpuszczenie na jadalnię było dla wszystkich dzieci wielkim horrorem. Za każdym razem będąc głodnym miało się tą obawę, że może zostać się nie wpuszczonym, ponieważ każde dziecko przed wejściem na jadalnię było dokładnie obwąchiwane i sprawdzane, czy nie jest posikane, lub czy też nie jest pobrudzone kałem. Wiele dzieci było zawracane do przebrania się, lub do mycia, a niektóre z nich musiały odsiedzieć swoje na nocnikach. Z tego powodu wśród dzieci nie wpuszczonych na jadalnię panował wrzask i płacz w obawie, że w ogóle mogą nie dostać jedzenia. Dlatego większość małych dzieci przed posiłkami czy im się chciało, czy też nie chciało, zamiast się bawić na wszelki wypadek większość czasu spędzało na nocnikach.

W swojej grupie byłem najstarszym wychowankiem, ale ze względu na moje wcześniejsze wygłodzenie, początkowo chyba byłem najsłabszy fizycznie wśród nich. Dlatego od samego początku pobytu w “dietdomie” byłem obijany prawie przez wszystkich wychowanków ze mojej grupy, a w postępowaniu wyjaśniającym zawsze obarczano mnie wyłączną winą za zaistniałą awanturę. Szczególnie na mnie zawzięty był syn jednej z wychowawczyń, który za dnia należał do mojej grupy. Nie tylko mnie dotkliwie bił, ale przy tym jeszcze mocno wrzeszczał, że to ja go biję. Miało to miejsce nawet wtedy, gdy usiłowałem bawić się sam w oddaleniu od pozostałych dzieci z grupy. Nie dawał mi spokoju, niespodziewanie szybko doskakiwał do mnie, kopał mnie w brzuch i szybko uciekał. Zawsze była to tylko moja wina i za karę trafiałem do ciemnicy. Kiedy po pewnym czasie nabrałem nieco sił, zacząłem się odgryzać swoim prześladowcom, w efekcie czego więcej czasu spędzałem w ciemnicy niż na wolności.

Wówczas w naszym “dietdomie” były stosowane bardzo modne “nowoczesne” metody wychowawcze, typowe dla owych czasów w Związku Radzieckim. Stosowano tam słynną jak owe czasy tak zwaną “metodę wstrząsów” Makarenki. Według tej metody nie miało żadnego znaczenia czy jesteś winny, czy też niewinny, po prostu nie było żadnego pobłażania. Bez względu na wiek i okoliczności sprawy i tak zawsze zostaniesz surowo ukarany według woli wychowawcy. Szczególnie cenione przez wychowawczynie było tak zwane donosicielstwo (skarżenie) bez względu na to, czy się miało rację czy nie, czy fakt miał miejsce czy go w ogóle nie było, czy to była prawda czy wierutne kłamstwo. Za “donos” zawsze dostawało się pochwałę od wychowawczyni w postaci słowa “maładzieć” (zuch). Często byłeś karany na wszelki wypadek, na własne widzimisie wychowawczyni, po prostu za nic. Głównie chodziło im o zniszczenie indywidualności dziecka i ślepe podporządkowanie się dyscyplinie i woli zwierzchnika. Należało bezwzględnie wierzyć w to, w co kazała wierzyć wychowawczyni, nawet mając świadomość, że jest to oczywiste kłamstwo. Ja przyzwyczajony do wcześniejszego sprawiedliwego wychowania w rodzinie, na początku pobytu w “dietdomie” w żaden sposób nie mogłem takiego postępowania zrozumieć i zaakceptować. Ponieważ byłem “polskaja świnja”(polska świnia), to zawsze ja byłem karany nawet w sytuacjach, gdy nic nie zawiniłem i o niczym nie wiedziałem. Przed wsadzaniem do ciemnicy usilnie się broniłem, uważając to za wybitnie niesprawiedliwe. Gdy ciągnięto mnie tam siłą, kopałem i gryzłem wychowawczynie po rękach. Takim postępowaniem jeszcze bardziej pogarszałem swoją beznadziejną sytuację. Wychowawczynie były wściekłe, one również mnie biły i kopały. Nazywały mnie “proklatoj polskoj sobakoj” (przeklętym polskim psem). Jeżeli dobrze pamiętam, to tylko raz na cały pobyt w “dietdomie” byłem pochwalony przez swoją wychowawczynię i to tylko za najdalszy samotny zjazd na sankach po śniegu z niewielkiej górki, znajdującej się tuż obok “dietdomu”. Podczas spaceru wychowawczyni zawsze szła na czele grupy, a ja rzekomo jako najstarszy w grupie zawsze musiałem iść z tyłu i donosić jej o wszelkich nieprawidłowościach w zachowaniu poszczególnych dzieci. Z tego powodu prawie wszystkie dzieci z mojej grupy nienawidziły mnie. Pewnego razu w lecie cała nasza grupa wraz z wychowawczynią udała się na spacer. Jak zwykle wychowawczyni szła na czele grupy, a ja oczywiście musiałem iść na jej końcu i donosić o wszystkim, co dzieci czynią złego. W pewnym momencie przechodząc koło płotu zauważyłem w nim dziurę. Bez namysłu sforsowałem tą dziurę i dalej poszedłem na własną rękę w nieznane. Mego nagłego oddalenia się prawdopodobnie nikt z grupy nie zauważył. Idąc przed siebie w niezbyt dalekiej odległości od naszego “dietdomu” nad potoczkiem zauważyłem duże wysypisko ludzkich długich włosów i pewne ilości łusek od nabojów karabinowych, wśród których znajdowała się również ostra amunicja. Nazbierałem sobie trochę tych okazów i postanowiłem wracać do “dietdomu”. Aż tu nagle zostałem zatrzymany przez jakiegoś mundurowego, odebrano mi moje trofea i dostarczono do “dietdomu”. Powstała wielka awantura w kierownictwie “dietdomu”. Wyczuwałem, że z tego powodu wielkie kłopoty ma również moja wychowawczyni, co zresztą z nawiązką później odczułem na własnej skórze. Mnie oczywiście z miejsca wrzucono do ciemnicy. Byłem tak bardzo przestraszony tym zajściem, że tym razem nawet nie usiłowałem bronić się przed wsadzaniem do ciemnicy. W trakcie całego mego pobytu w “dietdomie” od czasu do czasu w okolicy rozlegały się strzały, na odgłos których niektóre wychowawczynie się wzdrygały, jednak nigdy tego nie zauważyłem po mojej wychowawczyni. Być może, że tam, dokąd przypadkowo zawędrowałem mieściło się więzienie, lub jakiś areszt śledczy dla kobiet.

Pewnego dnia mnie i pozostałym moim dwóm braciom pozwolono razem się spotkać. Podczas rozmowy opieraliśmy się o szafę stojącą na korytarzu. W pewnym momencie drzwi od szafy otwarły się. Zaczęliśmy się na tych drzwiach huśtać, podobnie jak to czyniliśmy na wrotach od stodoły w domu z Zapolu. Szafa przechyliła się i wypadły z niej jakieś gipsowe popiersia. Były to prawdopodobnie popiersia wodzów rewolucji październikowej. Jedno z nich - popiersie z brodą - uległo rozbiciu. Powstało straszne zamieszanie w całym “dietdomie”. Z miejsca wsadzono nas wszystkich do ciemnicy. Po paru dniach zostaliśmy zwróceni Matce. Na pytanie Matki dlaczego nas Jej oddają, odpowiedzieli, że teraz jest wojna i “dietdomy” są tylko dla pełnych sierot, a my mamy rodziców. Powrót na piechotę z Pinegi do Jożmy z nami był dla Matki istnym koszmarem. Prawie przez 40 kilometrów drogi musiała na zmianę nieść nas na plecach kogoś z nas, głównie najmłodszego brata. Po prostu nie chcieliśmy wracać z “dietdomu” do domu, a zwłaszcza, gdy to odbywało się bez posiłków przy stole i w dodatku trzeba było iść na piechotę. Pamiętam jak w pewnym momencie uparłem się Matce, że dalej z Nią już nie pójdę i zacząłem iść z powrotem w kierunku do “dietdomu”. Z samotnego powrotu do “dietdomu” zrezygnowałem dopiero pod wpływem argumentów Matki, że jak dalej z powrotem pójdę sam, to zostanę zjedzony przez wilki.

Pobyt w “dietdomie” zrobił swoje. Całkowicie zapomniałem mowę polską. Zostałem wyobcowany z zasad życia rodzinnego, straciłem zdolność współczucia komukolwiek. Byłem podejrzliwy i nikomu nie wierzyłem, każdy z członków rodziny był dla mnie wrogiem. Cechowała mnie niezwykła nerwowość. Byłem niezwykle pobudliwy, agresywny i nie mogłem spać. Te ostatnie dolegliwości w pewnym stopniu prześladują mnie po dzień dzisiejszy. Przez dłuższy czas usiłowałem z powrotem uciekać do “dietdomu”, co strasznie przeżywała moja Matka.

Permanentny głód jest strasznym cierpieniem, wręcz trudną do zniesienia chorobą. Najpierw człowiek z powodu głodu chudnie do określonej minimalnej wagi i jakoś to znosi. Po osiągnięciu tej minimalnej wagi, gdy na człowieku zostaje już tylko skóra i kości, głód staje się nie do zniesienia. W tym czasie głód jest uczuciem gorszym od jakiegokolwiek bólu. Człowiek nie myśli o niczym innym tylko o jedzeniu. Po prostu staje się psychopatą na tle jedzenia. Jest gotów zjeść wszystko. Wówczas zjada się wszystko, rzeczy jadalne, czy też to co wcześniej uznawane było za niejadalne, a nawet człowiek gotów jest zjeść samego siebie. Ulga następuje dopiero wtedy, gdy zbliża się kres życia, to znaczy, gdy człowiek spuchnie z głodu. Wówczas człowiek praktycznie nie może się poruszać i nie odczuwa potrzeby jedzenia. Ja przechodziłem takie stany głodowe i dobrze wiem co znaczy prawdziwy głód w odróżnieniu od dzisiejszych tak modnych głodówek dla poprawy stanu zdrowia.

W tych ciężkich, trudnych wręcz nieludzkich warunkach, kiedy stale głodowaliśmy, wielu ludzi prawie całkowicie załamało się, traciło instynkt ludzki, a nawet wręcz odchodziło od zmysłów. Szczególnie odnosiło się to do inteligencji i ludzi z wyższych sfer. Pamiętam dwóch nauczycieli w Jożmie. Obaj dostali pomieszania zmysłów. Obaj już nie kontaktowali z najbliższym otoczeniem. Uważali, że są sami. Jeden z nich wygolił sobie tak głowę, że wyglądał jak globus z zaznaczonymi kontynentami. Uczył nas na tak sporządzonej pomocy naukowej nazw poszczególnych części świata. Otrzymywany kawałek chleba - “pajok” jadł razem z trawą, często wypluwał to, głównie chleb, a połykał tylko samą trawę. Twierdził, że najważniejsze dla zdrowia są witaminy. Drugi nauczyciel pewnego dnia znalazł kość, którą wsadził do jakiegoś naczynia i zamiast wody użył własnego moczu dla “podniesienia” kaloryczności potrawy. Gotował to na ogniu, a potem próbował to jeść jako specjalne danie. Inna osoba złapanego wróbla zjadała żywcem razem z piórami, “żeby nie stracić na wartości pokarmowej”. Pewien człowiek z wyższych sfer z siekierą w ręku poszukiwał młodej, tłustej panny, “bo to najlepsze mięso”. Inteligencja nie wytrzymała naporu tych trudnych nieludzkich warunków życia, prawie w całości wymarła w stosunkowo krótkim okresie czasie. Wówczas nic nie miało żadnej wartości oprócz jedzenia. Złoty zegarek mego Ojca został zamieniony na wiadro ziemniaków. Z powodu głodu byłem często spuchnięty, podobnie było z moim rodzeństwem. Gdy nasza Matka udawała się z nami do lekarza, recepta była jedna: trzeba nakarmić. W tym czasie być może, że wielokrotnie od głodowej śmieci ratowały nas wygłodzone psy i koty, które po zwabieniu na jedzenie zabijaliśmy w domu. Potem właściciele w poszukiwaniu tych zwierząt prawie zawsze w pierwszej kolejności odwiedzali nasz dom i pytali, czy czasem nie “widzieliśmy” ich “koszki” (kota) lub “sabaki” (psa), przy tym dając nam wyraźnie do zrozumienia, że podejrzewają nas o to, że zostały one przez nas zjedzone. Kiedyś nawet udało nam się złapać sowę. Prawdopodobnie był to puchacz, być może olśniony wiosennym słońcem pomylił cele i zaatakowała moją głowę. A może z wycieńczenia, był to jego desperacki atak głodowy. Nie miała żadnych szans ucieczki, ponieważ szybko zrzucony z głowy na ziemię nawet nie próbował natychmiast poderwać się do lotu. Po zabiciu wraz z piórami wyglądał na duże ptaszysko. Mieliśmy nadzieję na dobry posiłek, ale po oskubaniu przemienił się w chudego wróbla. To co miało być mięsem, składało się jedynie z samej skóry i kości. Niewiele z tego było jedzenia, ale dla głodnego zawsze było to coś niż nic.

Stosunkowo łatwiej te trudne, nieludzkie warunki życia znosili ludzie prości, zwłaszcza rolnicy, w tym głównie zesłani osadnicy wojskowi. Po prostu bardziej umieli oni korzystać ze wszystkiego tego, co było tam dostępne, by chociaż usiłować zapewnić sobie i bliskim możliwość przeżycia.

W Jożmie ludzi nie tylko dziesiątkował straszny głód i wycieńczająca praca. Dziesiątkowały ich również choroby zakaźne, a zwłaszcza tyfus i gruźlica. Szczególnie dokuczliwa prawie dla wszystkich zesłańców z powodu niedożywienia i braku witamin była choroba zwana kurzą ślepotą, która polegała na znacznym ograniczeniu zdolności widzenia, szczególnie o zmierzchu i w nocy. Choroba ta szczególnie masowo i z dużym natężeniem występowała w okresie nocy polarnej. Prawie całkowita noc polarna trwała w głównej części zimy, czyli od połowy listopada do połowy lutego. Natomiast dosyć silne mrozy zaczynały się już na początku września i trwały do połowy maja. Śnieg leżał często nawet do końca maja. Były miejsca, gdzie śnieg w ogóle nie topniał przez cały rok. Właściwie prawdziwa wiosna, lato i jesień ograniczały się do trzech miesięcy: czerwca, lipca i sierpnia. I to nie było regułą. Często silne przymrozki zdarzały się nawet w czerwcu w sierpniu, co było przyczyną znacznych strat w nielicznie tam stosowanych uprawach polowych. Zdarzały się lata, że nie zdołano zebrać prawie żadnych plonów z pola. Na przykład w sierpniu przychodziły niespodziewanie mrozy, ziemia natychmiast szybko zamarzała i przeważnie nie rozmarznięta pozostawała aż do wiosny. W tej sytuacji kołchozy nie zdołały zebrać ziemniaków z pól, pomimo tego, że przeważnie uprawiano tam inny, bardziej mrozoodporny rodzaj ziemniaków. Z takiej sytuacji byliśmy bardzo zadowoleni, ponieważ na wiosnę zmarznięte ziemniaki wykopywaliśmy z pól i stanowiły dla nas dodatkowe źródło pożywienia. Niektóre ziemniaki w ogóle nie wyglądały na zmarznięte i cechowały się silnym słodkim smakiem. Nawet jedliśmy je na surowo. Do dziś nie wiem czy owe ziemniaki rzeczywiście nadawały się do jedzenia surowo, czy tylko to czyniliśmy pod wpływem silnego głodu. Faktem jest to, że po zjedzeniu tych ziemniaków na surowo nikt z nas nie zachorował. Później już z uprawianych ziemniaczanych pól zbieraliśmy również “krochmal” po zmarzniętych lub po zgniłych ziemniakach, z których gotowaliśmy dosyć cuchnącą kleistą zupę, często dla poprawy smaku przyprawianą młodą pokrzywą lub szczawiem. Czasem, gdy zdołano nazbierać więcej tego “krochmalu” nawet pieczono z niego placki, do których dla zabicia przykrego smaku i zapachu dodawano również młodą pokrzywę lub szczaw. Gdy jest się silnie głodnym, to dla zaspokojenia choć w części głodu, człowiek jest w stanie zjeść wszystko, nawet to, co dotychczas uważał za niejadalne.

W czerwcu, lipcu i częściowo w sierpniu panowały tam białe noce, czyli, że słońce świeciło prawie bez przerwy przez 24 godziny na dobę. W tym czasie było stosunkowo ciepło. Następowała dosłowna eksplozja rozwoju istniejącej tam roślinności. Okoliczne bagna i lasy roiły się od różnego rodzaju ptactwa i owadów. Przyroda starała się wykorzystać do maksimum ten sprzyjający krótki okres wegetacji. Dlatego nie mniejszym okrucieństwem od świerzbu i wszy w okresie letnim były roje syberyjskich komarów i wszędobylskiej nieznośnej “moszki” (małe muszki). Przed tą plagą w okresie letnim trudno było się obronić. ”Moszka” głównie atakowała twarz, a zwłaszcza oczy powodując ich silne podrażnienie. Nawet nie wiele pomagały z trudem zdobywane specjalne osłony siatkowe na twarz. Osłony siatkowe stosunkowo dobrze chroniły twarz przed komarami na otwartej przestrzeni, ale nie przed “moszką”. “Moszka” potrafiła przeniknąć nawet przez najmniejsze szczeliny w ubraniu. Im bardziej człowiek śmierdział, tym bardziej był atakowany przez “moszkę” i komary. Najlepszą ochroną przed komarami i “moszką” był dym z igliwia sosnowego lub z igliwia świerkowego. Dlatego w porze letniej mieszkanie było utrzymywane w ciągłym zadymieniu. Natomiast posiadane nieliczne osłony siatkowe na twarz przed “moszką” były potajemnie wykorzystywane przez nas do łowienia w rzece kiełbików na podrywkę podczas wiosennego tarła. Tym przyrządem nawet w ciągu paru godzin nie wiele udało się złowić kiełbików, niemniej zawsze było to coś do zjedzenia niż nic. Ale plaga “moszki” i komarów ustępowała wraz z nastaniem chłodów. Natomiast przed panującą tam przez cały rok plagą świerzbu, plagą wszawicy jak i przed plagą chorób zakaźnych trudno było się obronić. Choroby zakaźne były przenoszone głównie przez wszędobylskie wszy. Jednak w panujących tam warunkach bytowych walka z wszawicą była beznadziejna. Nie było żadnych skutecznych środków chemicznych do zwalczania wszawicy. Nie było podstawowych środków czystości. Mydło było bardzo rzadkim rarytasem. Okazało się że pozbawiony wszelkich witamin wynędzniały organizm ludzki, przy braku podstawowych chemicznych środków czystości nawet przy najlepszych chęciach nie jest wstanie obronić się przed plagą wszawicy. W takich warunkach wszy się nagle pojawiają i nie ma mocnych, aby przed nimi się obronić. Nawet nie pomagało mrożenie odzieży na otwartej przestrzeni podczas silnych mrozów. Nie pomagało również smarowanie się naftą, golenie głów, chodzenie do ”bani” (łaźni), czy też odwszawianie odzieży poprzez jej gazowanie, lub parowanie w specjalnie do tego celu zbudowanych “odwoszowiejkach” (odwszawiarkach) w “ziemlankach” (w pomieszczeniach w ziemi).

Raz kiedyś zimą pod przymusem zapędzono nas do “bani” i rozebrano. Odzież zabrano do odwszawiania. Palacz nie dopilnował “zabiegu” w “odwoszowiejce” i spalił prawie wszystkie nasze ubrania. Z opresji uratowały nas łachmany po zmarłych zesłańcach. Ogólnie rzecz biorąc kąpiel w “bani” przebiegała dosyć długo, chociaż po jej odbyciu było się przeważnie jeszcze bardziej brudnym niż przed kąpielą. Może tylko mniej się śmierdziało. Zresztą po dłuższym pobycie na Sybirze człowiek tracił czucie smrodu własnego i smrodu innych. Kąpiel w “bani” dla większej izolacji cieplnej odbywała się w specjalne do tego celu zbudowanej dużej “ziemlance”, w wewnątrz wyłożonej balami sosnowymi. Tuż przed kąpielą w “bani” najpierw w dużym specjalnie do tego celu przystosowanym w niej otwartym od góry piecu z okapem, na jego palenisku palacz paląc drzewem rozgrzewał kilkanaście dużych kamieni prawie do czerwoności. Gdy kamienie zostały właściwie rozgrzane, a ogień w piecu całkowicie się wypalił, szybko wchodziło się do tego pomieszczenia prawie w całkowitej ciemności, rozbierało się w bardzo małym przedsionku, gdzie nie było żadnych wieszaków. Z tego powodu odzież osobista wszystkich kąpiących praktycznie zrzucana była na jedną dużą hałdę, stwarzając w ten sposób dogodne warunki do zawszawienia wszystkich ubrań. Po rozebraniu w chodziło się do właściwej komory “bani” i siadało na pryczach. Przeważnie razem kąpano kobiety i mężczyzn. Po wejściu wszystkich kąpiących się, zamykano drzwi wejściowe do przedsionka. Palacz zamykał otwór wentylacyjny nad okapem i na to palenisko wraz z rozgrzanymi kamieniami przez specjalny otwór z góry wlewał kilka wiader wody. Buchająca para z paleniska wraz z chmurą popiołu wypełniała całe pomieszczenie i oblepiała ciała siedzących tam ludzi. Popiół miał spełniać rolę mydła. Czasem podczas kąpieli zamiast mydła dawali cuchnącą czarną, trudno zmywalną maź. Popiołem, lub tą mazią trzeba było dobrze nacierać całe ciało i ewentualnie kto chciał, to mógł się biczować sosnowymi gałązkami jeżeli takowe były w “babi” dostępne. Jednak biczowanie się gałązkami sosnowymi częstą było przyczyną powstawania na osłabionym ciele trudno gojących się ran. W czasie tych zabiegów higienicznych w “bani” następowało dosyć silne pocenie się ciała. Po pewnym czasie popiół spłukiwało się z ciała przez polewanie go zimną wodą pobieraną naczyniem z niewielkiej beczki. Wody w beczce zazwyczaj starczało tylko dla kilka pierwszych osób, a reszta pozostawała nie umyta. Podczas ubierania się po kąpieli występowały dosyć liczne podmiany ubrań. Z tych powodów większość zesłańców usiłowała nie korzystać z “bani”. Każdy w miarę posiadanych możliwości organizował na własną rękę mycie własnego całego ciała “we własnym mieszkaniu”. Szczególnie za wszelką cenę unikano “bani” w zimie ze względu na prawie pewne silne przeziębianie się, co u wielu wynędzniałych osób kończyło się śmiercią z powodu zapalenia płuc. Może właśnie im o to chodziło, aby dla własnego interesu zwiększyć w ten sposób liczbę zgonów. Dlatego przeważnie tych, którzy notorycznie nie chodzili do ”bani” odwiedzała specjalna komisja sanitarna i pod byle pretekstem zarówno u mężczyzn jaki u kobiet goliła głowy do łysa. Kobiety za wszelką cenę starały się uniknąć golenia głów. Z tego względu kobiety ciągle myły głowy i miały nasmarowane naftą włosy na głowie. Zabieg ten w pomieszczeniach zamkniętych dawał dosyć specyficzny “mikroklimat”. Ale we włosach nasmarowanych naftą raczej nie gnieździły się wszy i gnidy. Natomiast mężczyźni przeważnie zawsze mieli wystrzyżone głowy na łyso. Pierwszy raz kiedyś w zimie taka komisja sanitarna odwiedziła nasze mieszkanie. Z razu mnie i wszystkich moich braci wystawiono na strzyżenie głów do goła, a Mama i starsze siostry pomimo tego, że miały umyte głowy i nasmarowane naftą włosy dostały ostrzeżenie, że jeżeli nadal nie będą chodzić do “bani”, to bez względu na wszystko i tak będą miały obcięte włosy. Aby tego uniknąć na przyszłość wystawiano specjalne czujki. Na sygnał czujki, że chodzi taka komisja po posiołku, na wszelki wypadek Mama i starsze siostry ratowały się ucieczką z domu. Natomiast mnie i moim braciom za każdym razem strzyżono głowy do łysa. Podejmowane inne środki zaradcze jak na przykład smarowanie gołego ciała naftą praktycznie nic nie dawały, a wręcz było to szkodliwe dla zdrowia. Wcześniej o tym nie wiedziano, że smarowanie naftą ciała po pewnym czasie spowoduje poważne zatrucie całego organizmu, co ostatecznie w istniejących tam warunkach sanitarnych przeważnie kończyło się śmiercią. Z tego powodu poważna liczba nawet jeszcze stosunkowo zdrowych w tym czasie osób dosyć szybko nieświadomie straciła życie. U nas w domu podobnie jak wszędzie nie było żadnych środków czystości i środków ochronnych przed wszawicą. Dlatego wszy nas ciągle prześladowały. W miejscach gdzie mnie gryzły ciągle się drapałem, często aż do krwi. Szczególnie nie do zniesienia było atakowanie wszawicy w pachwinach rąk i nóg. Ciągle miałem rany w tych miejscach i zawsze miałem wyskubaną tam odzież. Głównie z powodu wszawicy mnożyły się choroby zakaźne, które dziesiątkowały ludzi. Po przebytym tyfusie w wieku 9 lat prawie przez pół roku nie chodziłem. Później uczyłem się chodzić od nowa jak małe dziecko. Ciągle zaglądała nam w oczy śmierć głodowa. Jednak z beznadziejnej wydałoby opresji głodowej zawsze wyprowadzała całą naszą rodzinę niezwykła pomysłowość Matki. Na Sybirze urodziła się nam siostra Kasia jako dziesiąte dziecko w rodzinie. Okazało się, że z okazji jej urodzenia przysługiwały Matce określone przywileje. Dlatego najmłodsze rodzeństwo “rodziło” się po kilka razy. Starsi bracia, którzy jeszcze nie mogli pracować byli “chorzy” i “leżeli” ciągle w szpitalu, w którym właśnie pracowała moja Mama. W tym procederze pomagał Matce dobry lekarz-Rosjanin polskiego pochodzenia. Prawdopodobnie czynił to za pomocą “wykorzystywanie martwych dusz”. Niestety po jakimś czasie sprawa się wydała. Lekarz został aresztowany. Natomiast Matce nie mogli nic zrobić ze względu na dzieci. W tej sytuacji Mama oddaje starszych braci Józefa i Mariana na służbę do Eskimosów. Józef reniferami woził mąkę z Pinigi do Jożmy i polował, a Marian przeważnie był pomocnikiem pastucha reniferów i pomagał Eskimosom w łowieniu ryb. Gdy ja byłem bardzo chory prawdopodobnie z powodu choroby na szkarlatynę, młodszy brat Mietek również zachorował i był w ciężkim stanie, a najmłodszy brat Heniek i najmłodsza siostra Kasia już prawie nie mogli chodzić z głodu, Mamie w tym czasie udało się wkręcić starszą siostrę Zosię do pracy w rzeźni. Z tej okazji przez dłuższy czas jedliśmy prawie samą krew zwierzęcą, która zazwyczaj była poważnie zanieczyszczoną sierścią zwierzęcą. Jedzenie krwi z sierścią nie należało do przyjemności, trudno było to przepchać przez gardło, ale dla głodnego lepsze było to niż nic. Z rzeźni pod karą więzienia nie wolno było nic wynosić. Z zabitego zwierzęcia łącznie z krwią wszystko było dokładnie komisyjnie rozliczane i magazynowane. Siostra Zosia w rzeźni była sprzątaczką. Resztki zakrzepniętej krewi w rzeźni w wielkiej tajemnicy zbierała na prywatny użytek tylko z posadzki i to dopiero podczas sprzątania po zakończeniu całego uboju zwierząt, głównie reniferów na mięso dla wojska. Zebraną z posadzki brudną krew wynosiła niby jako śmieci do śmietnika i tam ją chowała. Po zakończonej pracy schowaną tam krew zabierała do domu. Od czasu do czasu udawało się siostrze w odpadowej krwi przemycić coś lepszego. Niekiedy pod nieuwagę obsługi udawało się jej ukraść dosyć duży kawałek mięsa lub łoju. Wówczas owijała tym swoje ciało i nakładała na to ubranie. Praca siostry Zosi w rzeźni spowodowała, że po niedługim czasie stan zdrowotny mój i pozostałego młodszego rodzeństwa uległ poważnej poprawie. Niestety po pewnym czasie siostrę Zosię przyłapano na gorącym uczynku podczas kradzieży mięsa i natychmiast zwolniono z pracy w rzeźni. Gdy nowo powstały Związek Patriotów Polskich w ZSSR pod przewodnictwem Wandy Wasilewskiej zaczął organizować pomoc dla zesłańców, od razu do tego związku zostaliśmy zapisani wszyscy bez względu na wiek. Ogólnie rzecz biorąc wówczas na Sybirze członków Związku Patriotów Polskich było znacznie więcej niż jeszcze żyjących tam zesłanych Polaków. Po prostu dopisywano “martwe dusze”. Jak się później okazało taki stan rzeczy w zupełności odpowiadał obu stronom. Dla sowietów był to rzekomo dowód na to, że znowu wcale nie tak dużo Polaków tam wymarło, a dla władz związku, że trzeba zwiększyć deklarowaną zbyt małą pomoc władz sowieckich dla będących w straszliwej sytuacji bytowej Polaków. Dopiero, gdy przyszło do powrotu do Polski zesłanych Polaków na Sybir w latach 1940/41, to okazało się, że rzeczywiście niewielu ich tam przeżyło.

W tym czasie raz nawet “dotarła” do nas pomoc z UNR-y. Dostaliśmy na całą rodzinę aż dwie pary używanych damskich pantofli na wysokich obcasach, które w warunkach syberyjskich do niczego się nie nadawały. Nikt tego nie chciał kupić. Mama chciała dostać za nie pół wiadra kartofli. Wreszcie po wielu zachodach Mamie udało się wymienić je za pół kilograma soli.

Jest prawie pewne, że od niechybnej śmierci głodowej uratował nas autentyczny niedźwiedź syberyjski. W naszym “posiołku” (wsi) było kilka koni. Na zimę zgromadzono dla nich siano i nieco “turniepsu” (rzepy). Nieustraszony “misza”, który buszował wokół “posiołka” żywiąc się trupami “łagrowników” był postrachem dla wszystkich tam żyjących, ponieważ również atakował żywych ludzi. Prawdopodobnie przeczuwając długą i srogą zimę chcąc się lepiej odżywić na długi sen zimowy, dosłownie w biały dzień porozrywał i częściowo pozjadał wszystkie 4 konie znajdujące się w “posiołku”. Nawet kawałki tych porozrywanych koni trafiły do naszych garnków. W ostateczności upolowano zuchwałego niedźwiedzia. Nawet jedliśmy z niego mięso. Rzeczywiście przyszła straszna zima. Zawiało tajgę śniegiem aż po czubki drzew. Na długo zerwany został wszelki kontakt ze światem zewnętrznym. W “posiołku” szybko skończyły się zapasy żywności. Przestano wydawać przysługujące nam wcześniej 200 gramów, a później już tylko 100 gramów “chleba” dziennie na osobę nie pracującą. To co dawali trudno było nazwać chlebem. Nazywał się on tam powszechnie “kierpicz” (cegła). Był pieczony w foremkach o kształcie cegły. Lejące się ciasto do wypieku było robione z jakiejś dziwnie ciemnej, otrębiastej nisko kalorycznej mąki. Bochenek chleba przeważnie stanowił jednolity wręcz lejący się galeretowaty rzadki zakalec, z wielkimi dziurami wewnątrz. Po zjedzeniu naraz przysługującego na cały dzień takiego “pajka” (porcji) chleba człowiek był prawie nadal tak samo głodny jak przed jego spożyciem. Prawdziwy biały chleb dostawaliśmy tylko dwa razy w roku, to znaczy z okazji święta 1 maja i z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Po zaprzestaniu wydawania przysługującej nam racji chleba dosyć szybko zjedliśmy wszystkie “posiadane” zapasy żywności. Skończyła się nam nawet suszona pokrzywa. Przypomniano sobie wówczas o sianie dla koni, z którego wybierano suszoną pokrzywę i inne zielska. Przypomniano sobie również o “turniepsie” dla koni. Jednak poważnym problemem było jego “wydobycie” z głębokiej dobrze strzeżonej “ziemlaneki”. Bezpośrednie włamanie nie wchodziło w grę. Strażnik strzelał bez ostrzeżenia. Tym razem chociaż raz przydało się nam nasze wychudzenie głodowe. Przez wąskie otwory wentylacyjne podczas nocnej zadymki śnieżnej do “ziemlaneki” wpuszczono na paskach najchudszego brata. Wyciągnięto na zewnątrz dość pokaźną ilość pozostałego tam jeszcze “turniepsu”. Wycieńczony, a zarazem obładowany przy okazji do przesady zdobycznym “turniepsem,” brat nie mógł się z powrotem z “ziemlanki” wydostać. Został wyciągnięty siłą na zewnątrz z poważnymi otarciami ciała. “Turniepsowe” trofeum zostało zakopane w domu pod podłogą. Prawie aż do wiosny gotowano z niego rzadką zupę. W ten sposób nieustraszony niedźwiedź zabijając wszystkie konie w “posiołku” niejako pozostawił nam na śmiertelny okres głodowy siano i “turnieps”, ratując nas w ten sposób przed niechybną śmiercią głodową. Żniwo śmierci głodowej podczas tej pamiętnej zimy było straszne. Zagrażało nam ludożerstwo. Dlatego siedzieliśmy w domu ciągle zabarykadowani. W tym czasie w wielkiej tajemnicy między naszymi zesłańcami rozeszła się smutna wiadomość, że w jednym “łagpunkcie” w skutek nocnego pożaru zginęli wszyscy więźniowie oprócz ich nadzorców. Z braku żywności byli tak wycieńczeni, że nie mogli pracować, tylko leżeli na pryczach i z już głodu nie mogli nawet się ruszać. Podobno “naczalstwo łagpunktu” chcąc “ulżyć” ich cierpieniom, postanowiło spalić ich wszystkich żywcem w barakach w nocy podczas snu, aby w ten sposób zatrzeć ślady swojego niedbalstwa i nadużyć. Z pożaru ocalał tylko barak “naczalstwa łagpunktu”i to zrodziło podejrzenie władz nadrzędnych o celowe podpalenie i podobno wszyscy sprawcy zostali “aresztowani”, czyli prawdopodobnie zostali przeniesieni do zorganizowania w innym miejscu nowego “łagpunktu”, gdzie można by było bardziej wydajnie wykorzystywać prawie darmową niewolniczą siłę roboczą więźniów.

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku doszło do zbliżenia polskiego rządu emigracyjnego w Londynie z władzami w Moskwie. Po porozumieniu Sikorski-Stalin w 1941 roku objęła nas “amnestia” i niejako “przywrócono” z powrotem obywatelstwo polskie wszystkim Polakom deportowanym do ZSRR w latach 1940/41. Amnestia ratowała tylko tych, którzy siedzieli w łagrach lub w więzieniach. Natomiast nic nie dawała tym, którzy nie byli w łagrach, ponieważ od razu zaczęło ich obowiązywać prawo wojenne wprowadzone w ZSRR, zaraz po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej z 1941 roku. Prawo wojenne praktycznie niczym nie różniło się od poprzednio obowiązującego nas prawa deportowanych. W 1942 roku nawet utworzono polską ambasadę w Związku Radzieckim z siedzibą w Kujbyszewie. Na podstawie porozumienia Sikorki-Stalin, generał Anders (z siedzibą sztabu w Buzułuku) zaczął organizować korpus Wojska Polskiego w różnych rejonach Kazachstanu i częściowo w Uzbekistanie. Wybór przez Andersa Kazachstanu do organizowania korpusu wojska polskiego nie był przypadkowy. W tym rejonie znajdowało się dużo deportowanych Polaków z lat 1940/41, oraz kilkaset tysięcy Polaków wywiezionych tam jeszcze w 1937 roku po likwidacji przez sowietów okręgów polskich w ZSRR Marchlewski i Dzierżyński za odmowę wstępowania do kołchozów. Oprócz tego w tym rejonie istniała najlepsza możliwość dotarcia bezpośrednio do Polaków pomocy z zachodu, głównie ze Stanów Zjednoczonych. W innych rejonach ZSRR pomoc z zachodu do Polaków nigdy nie docierała, ponieważ była rekwirowana lub rozgrabiana przez sowietów. Wiadomość o fakcie tworzenia wojska polskiego w południowo-wschodnich rejonach ZSRR docierała z bardzo dużym opóźnieniem do zesłanych Polaków na całym terytorium Związku Radzieckiego. Do niektórych wiadomość ta w ogóle nie dotarła. Wiadomość ta nigdy nie dotarła do “specłagrów” objętych wielką tajemnicą wojskową. Do polskich obozów wojskowych w Kazachstanie po wcześniejszym wyzbyciu się resztek nędznego dobytku zaczęli ściągać polscy zesłańcy często z całymi rodzinami. To zaczęło niepokoić władze sowieckie. Deportowanych Polaków z lat 1940/41 celowo rozproszyli oni w ponad 5500 miejscowościach ZSRR, aby nie było większych skupisk ludności polskiej, a tu nagle wskutek amnestii ludność polska zaczyna tworzyć wielkie skupiska. To było bardzo nie rękę sowietom. Dlatego po kryjomu postanowili przeciwdziałać temu. Początkowo z rodzin polskich, które dotarły do Kazachstanu do obozów wojskowych szli tylko ci, którzy zostali przyjęci do wojska, a ich rodziny koczowały bez dachu nad głową tuż obok tych obozów praktycznie bez żadnych środków do życia, licząc na obiecaną szybką pomoc państw zachodnich, w tym głównie ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Jesienią w 1942 roku w Kazachstanie nagle przyszła dosyć ostra zima. Powstała bardzo ciężka sytuacja tych, którzy żyli poza obozami wojskowymi, a obiecana pomoc zachodnia jakoś “opóźniała” się. Władze polskich obozów wojskowych chcąc czy nie chcąc zmuszone były przyjmować chociaż ich część na swoje utrzymanie. W pierwszej kolejności do obozów wojskowych na utrzymanie przyjmowano tylko rodziny żyjących lub już nie żyjących byłych oficerów wojskowych. Takie postępowanie wywołało wielkie niezadowolenie wśród pozostałych. W następstwie wielkich protestów nieprzyjętych, później zaczęto przyjmować na utrzymanie do obozów wszystkie rodziny polskie tam zgromadzone. Natomiast władze sowieckie dosyć skromne racje żywnościowe przydzielały tylko dla żołnierzy, z których to racji żywnościowych trzeba było wyżywić cały stan osobowy obozów. W obozach zaczął panować straszny głód. Brakowało również opału. Wszelkie monity dowódców polskich obozów wojskowych w Kazachstanie do władz sowieckich o zwiększenie przydziału im żywności i opału na cały rzeczywisty stan osobowy nie odnosiły żadnego skutku. Zawsze padała odpowiedź władz sowieckich skąd wam damy więcej żywności i opału, skoro tego nawet nie mamy dla swoich wojsk. Mało tego władze sowieckie w tajemnicy przed Andersem zaczęły rekwirować już docierającą tam z zachodu pomoc, w tym pomoc żywnościową. W obozach oprócz głodu zaczęły się szerzyć choroby zakaźne. Była duża śmiertelność. Z tego powodu zaprzestano dalszego werbunku do wojska, a tu nadal napływali ochotnicy często z całymi rodzinami. Odmowa przyjęcia ich do obozów skończyłaby się dla nich tragicznie. Powstała sytuacja praktycznie bez wyjścia. W tej tragicznej sytuacji generał Anders po porozumieniu się z Anglikami i z rządem polskim w Londynie, chcąc uratować przed totalną zagładą w okresie zimowym postanowił cały ten stan osobowy wyprowadzić do lepszych warunków do Iranu, co zresztą uczynił w listopadzie 1942 roku. W ten sposób nieludzką ziemię udało się opuścić zaledwie 114.500 Polakom. Władze sowiecki tylko na to czekały i nie miały żadnego zamiaru, aby ten ludzki exodus powstrzymać siłą. Ale w Związku Radzieckim nadal pozostało znacznie więcej żyjących tam jeszcze deportowanych Polaków z lat 1940/41 w porównaniu z ilością, której udało się uciec do Iranu. Postępek Andersa był na rękę sowietom. Wyprowadzenie przez Andersa wojska polskiego wraz rodzinami do Iranu zostało uznane za zdradę Związku Radzieckiego przez wszystkich deportowanych na Sybir Polaków w latach 1940/41. Zostały zerwane przez władze sowieckie wszelkie stosunki z rządem londyńskim. Ci zesłańcy, którzy nadal pozostali w Związku Radzieckim ponownie zostali poddani zbiorowym represjom sowieckim. Szczególnie ciężki los spotkał tych, którzy do obozów wojskowych w Kazachstanie dotarli już po wymarszu wojska polskiego do Iranu. Zrazu byli wsadzani do łagrów lub ginęli z wycieńczenia w drodze powrotnej do pierwotnego miejsca odosobnienia. My, którzy nadal pozostaliśmy na nieludzkiej ziemi ponownie staliśmy się wrogami ludu. Pod groźbą 5 lat łagru musieliśmy ponownie “dobrowolnie” przyjąć obywatelstwo radzieckie. Tych, którzy tego nie uczynili spotkała niechybna szybka śmieć w łagrach. Mama i starsze rodzeństwo ze względu na naszą młodszą część rodziny zmuszeni byli pod przymusem przyjąć “obywatelstwo radzieckie”, które “straciliśmy” dopiero w lutym 1946 roku, to znaczy w momencie przekroczenia granicy radziecko-polskiej podczas powrotu do Polski z Sybiru, ponieważ zostało ono narzucone nam siłą. Tym deportowanym Polakom z lat 1940/41, którzy wcześniej dobrowolnie przyjęli obywatelstwo radzieckie, później odmówiono prawa powrotu do Polski.

I tak ci Polacy, którzy zdołali ujść do Iranu wraz armią Andersa odzyskali wolność, a my, którzy pozostaliśmy nadal na tej nieludzkiej ziemi ich wolność opłaciliśmy dodatkowymi zbiorowymi represjami ze strony władz sowieckich. W zaistniałej sytuacji ratowania pozostających na Sybirze Polaków przed całkowitą zagładą podejmuje się Wanda Wasilewska. Zakłada wierny Związkowi Radzieckiemu Związek Patriotów Polskich. Osobiście prosi Stalina o zgodę na organizację w Związku Radzieckim nowego wojska polskiego bezpośrednio poległego Moskwie, na co “dobrodusznie” Stalin wyraził zgodę. Oczywiście cała ta maskarada polityczna była jeszcze wcześniej w tajemnicy przygotowana przez sowietów zanim Anders z zdołał wyprowadzić wojsko polskie z Kazachstanu do Iranu.

Ojciec z łagru do rodziny zdołał powrócić z poważną kontuzją nogi tuż przed wymarszem Andersa z Wojskiem Polskim do Iranu. My z całą rodziną nie mieliśmy żadnych szans na dotarcie z dalekiej północy do Kazachstanu. Zresztą z okręgu archangielskiego nie wielu to się udało. Do armii Andersa z okręgu archangielskiego przeważnie dotarli tylko zwalniani z łagrów i to tylko ci, którzy byli sami lub mieli swoje rodziny w Kazachstanie, ponieważ podczas zwalniania z łagrów otrzymywali bilety powrotne tylko na pociągi kolejowe do wskazanych przez siebie miejscowości. Poza koleją wówczas w ZSRR innej komunikacji nie było. Większość z tych, którzy pomimo beznadziejnej sytuacji w warunkach wojennych na własną rękę wyruszyli do Kazachstanu, czyniąc to przeważnie na piechotę, zginęło z wyczerpania lub zaraz zawróciło z drogi. Ojciec po “wyleczeniu” nogi, chroniąc się przed ponownym skierowaniem do łagru, wstąpił do nowo organizowanej I Dywizji im. T. Kościuszki Wojska Polskiego pod dowództwem generała Berlinga. Na punkt zborny szedł na piechotę o kuli ponad 40 kilometrów. Jako pożywienie na drogę dostał kawałek głowy zdechłego konia. I Dywizja im. T. Kościuszki później została przekształcona w I Armię Wojska Polskiego w ZSRR. Główny szeregowy trzon tej armii stanowili Polacy deportowani w północne rejony ZSRR, w tym głównie z okręgu archangielskiego. Jednak tym razem dla zabezpieczenia się przed ewentualną ponowną ucieczką za granicę wojska polskiego ze Związku Radzieckiego, władze sowieckie obóz wojskowy zorganizowały w pobliżu Moskwy, w Sielcach nad rzeką Oką. To wojsko polskie najpierw szkolili, a później nim dowodzili przeważnie oficerowie radzieccy. W pierwszej bitwie Wojska Polskiego z I Dywizji im. T. Kościuszki z wojskami niemieckimi pod miejscowością Lenino na Białorusi Ojciec został ranny i z tego powodu po zaleczeniu kontuzji został skierowany do służby na tyłach frontu i przeważnie musiał brać udział w zwalczaniu band UPA, co miało miejsce głównie na Wołyniu. W zwalczaniu band UPA na Wołyniu poległo znacznie więcej żołnierzy wojska polskiego niż w bezpośrednich działaniach na pierwszej linii frontu. Prawdopodobnie w pochodzie na zachód za wojskami niemieckimi, Ojcu nawet udało się dotrzeć do rodzinnego domu w Zapolu w 1944 roku. Przez jakąś bliżej nieznaną nam osobę dostaliśmy od Niego wiadomość, że dom i zabudowania gospodarcze z zawieruchy wojennej ocalały. Podobno gospodarzył tam jakiś Ukrainiec. Później wszelki ślad po Ojcu zaginął. Prawdopodobnie dopadli go nacjonaliści ukraińscy (UPA). O przyjęcie do wojska polskiego ubiegały się również moje dwie starsze siostry Stasia i Zosia. Nie zostały przyjęte tylko z tego powodu, że nie posiadały wymaganej minimalnej wagi - 32 kilogramy. Do wojska dostała się jedynie ich koleżanka Emila Gierczak , co zresztą było powodem wielkiej zazdrości moich obu starszych sióstr. Emilia Gierczak w czasie działań wojennych zginęła jako fizylierka w Kołobrzegu w 1945 roku i tam została pochowana. Później po niedługim czasie od momentu starania się o przyjęcie do wojska polskiego, siostra Zosia została mianowana na odpowiedzialne stanowisko “żeńszczyna-pismonosiec” (listonoszka). Nosiła pocztę z Krasnego Boru do Jożmy. Pokonywała dziennie trasę 40 kilometrów. Pewnego dnia siostrę Zosię musiała zastąpić młodsza siostra Władzia. W drodze powrotnej prawdopodobnie została napadnięta przez “łagrowników” i zamordowana. Podobno resztki Jej zwłok znaleziono w bagnie. Nieopodal tego miejsca pozostał ślad po ognisku. Resztek zwłok nie oddano naszej rodzinie do pochowania, ani nie wskazano gdzie zostały pochowane. Zbrodniarzy (zbrodniarza - Łuckow) podobno osądzono i rozstrzelano. Wszystko to odbywało się w ścisłej dziwnej tajemnicy przed naszą rodziną. Na “rozprawie” nie było nikogo z rodziny, nic nie wiedzieliśmy kiedy i gdzie taka rozprawa sądowa miała miejsce. Wszelkie żądania wyjaśnienia tej tragicznej sprawy kończyły się milczeniem Z tego powodu nie znamy rzeczywistej prawdy o tym wydarzeniu. Tragiczna śmieć siostry Władzi była dla całej naszej rodziny ogromnym wstrząsem. Jak się później miało okazać to poza Ojcem, który zginął na wojnie była to jedyna ofiara Sybiru z całej naszej rodziny.

Po tym tragicznym zdarzeniu pozwolono nam opuścić ”kurort” Jożma. Przenieśliśmy się do posiołka Cymły nad rzeką Pinegą , oddalonego o 1,5 kilometra od miasta rejonowego (powiat) o nazwie również Pinega. Mama i starsze rodzeństwo chcieli dostać pracę w pobliskim kołchozie. Praca w kołchozie dawała większą szansę na przeżycie w ogólnie wówczas panującym tam strasznym głodzie. W kołchozie zawsze miało się większą szansę na zdobycie coś dodatkowego do jedzenia. Niestety nie przyjęto nikogo z naszej rodziny do pracy w kołchozie. Na nic się zdała umiejętność pracy na roli całej naszej rodziny. Po prostu stwierdzono, że nie potrzebują do pracy w sowieckim kołchozie polskich “kułaków”. Dlatego tutaj Mama i starsze rodzeństwo musiało podjąć każdą pracę, która była nakazana lub została zaakceptowana przez lokalne władze sowieckie w Pinedze. Między innymi Mama i starsza siostra Zosia sprzątały w ”gostinicy” (hotelu) w Pinedze. Ogólnie rzecz biorąc tutejsza okoliczna ludność rosyjska nie była wrogo do nas nastawiona. Raczej odnosiła się do nas z sympatią i ze wpsółczuciem w naszej ciężkiej doli. Gdzie tylko mogli to szli nam na rękę. Zresztą miejscowym niewiele lepiej powodziło się od nas, przecież w tym czasie była wojna i prawie wszystko przeznaczane było dla żołnierzy na froncie. Jednak jak się później okazało jedną z najgłówniejszych wad naszego nowego miejsca zamieszkania było znaczne jego oddalenie od lasu, co powodowało znaczne trudności w zaopatrzeniu się w opał, a zwłaszcza w zimie. Pomimo tego tutaj możliwość przeżycia była nieco większa niż w Jożmie. Tutaj przysługujący “pajok” (porcja) chleba zawsze się otrzymywało. Ale do występujących tam w Jożmie plag głodu, chorób zakaźnych i wszawicy dołączyły tutaj dodatkowe plagi pluskiew, szczurów i plaga złodziejstwa. Tutaj wszyscy wszystkim wszystko kradli. Praktycznie człowiek nie miał nic, a i tak był ciągle okradany. Pomimo wcześniejszych ostrzeżeń Mamy na moich oczach skradziono nam nawet resztkę soli i rubli. Po prostu do naszego domu pod nieobecność Mamy przyszła jakaś kobieta i powiedziała, że zabierze nas do pasienia krowy i za to będzie całą naszą rodzinę karmić mlekiem. Tak byłem pod wrażeniem tej obietnicy, że na moich oczach zabrała nam sól i resztkę rubli. Ja to widziałem i w ogóle nie zareagowałem, pomimo, że dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to oczywista kradzież. W tym czasie na Sybirze odczuwano poważne braki soli i dlatego sól była wartościowym towarem handlowym i towarem wymiennym na inne towary. Oczywiście my również kradliśmy, ale nie u polskich zesłańców. Jak kołchoz na wiosnę posiał w polu owies, który praktycznie prawie nigdy nie dojrzewał na pełne ziarno z powodu zimna i dlatego łącznie ze słomą był zużywany tylko jako pasza dla zwierząt, to my zasiany owies kradliśmy wybierając ziarna z ziemi podobnie jak to czynią ptaki i gotowaliśmy z niego rzadki kleik. Gdy kołchoz sadził ziemniaki to my wygrzebywaliśmy je z ziemi. Kiedyś razem z bratem Tadeuszem wybieraliśmy posadzone ziemniaki z ziemi na polu kołchozowym i tak byliśmy zajęci tym procederem, że zapomnieliśmy o zachowaniu należytej ostrożności przed strażnikami. Zostaliśmy zaskoczeni przez młodego kołchoźnika. Bratu udało się uciec do lasu. Ja natomiast byłem zbyt słaby i nie mogłem szybko biec. Zostałem złapany. Byłem bity i topiony w jeziorze. Nie miałem siły aby się bronić, tylko mocno wrzeszczałem. Przed ostatecznym mocnym skatowaniem lub wręcz zamordowaniem przez rozjuszonego oprawcę uratowała mnie jakaś rosyjska kobieta z pobliskiego kołchozu. Po dzień dzisiejszy mam znamiona na twarzy z tego zdarzenia. Wcześniej zdobyte w ten sposób ziemniaki miałem zakopane w lesie. Gdy po paru dniach zachowując dużą ostrożność udałem się po nie, to już ich nie było. Po prostu być może ktoś z lasu podglądał moją kradzież ziemniaków i później mi je zabrał, a może je zabrał mój oprawca. Przez pewien czas nie mogłem przeżyć tego, że zdobyte przeze mnie ziemniaki zostały okupione dodatkowo tak wielkim bólem z pobicia stały się własnością kogoś innego. Gdy posadzone ziemniaki jako tako zdołały wyrosnąć, to nocami były ciągle przez nas kradzione. Dla zatarcia śladów, kradzież ziemniaków dokonywano głównie metodą podbierania. Trzeba było to wykonywać bardzo ostrożnie na czworaka lub leżąc, aby nie wpaść w łapy strażnika. Noce wówczas były bardzo krótkie. Dlatego podbieranie ziemniaków najczęściej wykonywano w noce deszczowe. Jednej nocy z wypadu po ziemniaki starszy brat Marian wrócił z niczym. Był bardzo przestraszony. Twierdził, że gdy tylko zaczynał podbierać ziemniaki to od razu pojawiały mu się jakieś małe światełka. Później okazało się, że nawet na dalekiej północy są również robaczki świętojańskie. W okresie letnim usiłowano zrobić jakieś zapasy żywności na zimę, chociaż możliwości były niewielkie. Głownie robienie zapasów na zimę polegało na zbieraniu i suszeniu grzybów, których tutaj nie było zbyt wiele. Grzyby ze względu na możliwość zatrucia mogli zbierać tylko dorośli, którzy tego nie mogli robić ze względu na obowiązek pracy od rana do wieczora. Na zimę robiono również zapasy z suszonej pokrzywy. W sumie tych zapasów jak na potrzeby zimowe nie można było zrobić zbyt wiele. Kiedyś razem ze starszym bratem Tadeuszem poszedłem do lasu w poszukiwaniu grzybów. Nagle na polanie leśnej zobaczyliśmy duży zagon ziemniaków. Tym razem zachowując dużą ostrożność ukradliśmy trochę tych ziemniaków, które daleko w głębi lasu postanowiliśmy upiec na ognisku. Od rozpalonego przez nas ogniska nagle zaczął palić się las. Nie mogąc poradzić sobie z jego ugaszeniem ratowaliśmy się ucieczką do domu. Byliśmy strasznie przerażeni tym co się nam przydarzyło w lesie. Ale nikomu nie przyznaliśmy się do tego. Przez parę dni z tamtego kierunku, gdzie byliśmy w lesie widać było dym. Później pożar lasu prawdopodobnie został ugaszony samoczynnie przez padający deszcz.

Raz latem w 1943 roku Mama ze starszym rodzeństwem podczas jakiegoś “wychodnego” (dnia wolnego od pracy) wybrała się do tajgi w poszukiwaniu grzybów. Chodziło Jej głównie o grzyby “wołnuszki” (po polsku nazywane wełniankami). W Polsce grzyby wełnianki nieco podobne do rydzów uznawane są za grzyby niejadalne ze względu na ich gorzki i piekący smak. Natomiast w Rosji solone wełnianki są uznawane za grzyby jadalne. Dlatego Mama wraz ze starszym rodzeństwem postanowiła nazbierać dużo tych wełnianek i wymienić je z kołchoźnikami na kartofle. Zabłądzili w lesie. Przez kilka dni wałęsając się po lesie nie mogli odnaleźć drogi powrotnej do domu. Pierwszą noc przenocowali w przygodnie napotkanym na polanie leśnej szałasie zrobionym przez Eskimosów, lub przez kołchoźników podczas przygotowywania zapasów siana na zimę dla zwierząt domowych, lub dla pracujących w zimie reniferów. Szałas był tak mocno zawszawiony, że nie można było w nim wytrzymać. Dlatego większość pozostałych nocy podczas zabłądzenia spędzili w zrobionych przez siebie prowizorycznych szałasach przy palącym się ognisku. Żywili się jagodami i pieczonymi grzybami. Wreszcie od dalszego błądzenia uratowała ich syrena ze statku na rzece Pinedze. Po odgłosie syreny zorientowali się, gdzie się znajdują i w którym kierunku mają iść, aby powrócić do domu. Ja w tym czasie jako najstarszy w domu musiałem opiekować się młodszym rodzeństwem. Po zjedzeniu resztek pozostawionego nam chleba praktycznie nic więcej nie było w domu do jedzenia. Dlatego siebie i młodsze rodzeństwo przez ten czas próbowałem karmić tylko samą gotowaną pokrzywą. Największy problem miałem z najmłodszą siostrą, która nie chciała jeść tylko samej gotowanej pokrzywy. W lecie nie tylko jedzono gotowaną pokrzywę, ale nawet również z pokrzywy robiono placki. Na zimę gromadzono suszoną pokrzywę, z której można było tylko pić czysty wywar jak to obecnie czyni się przy piciu herbaty. Nie wolno było z wywaru zjadać suszonych liści pokrzywy, ponieważ groziło to poważną chorobą gardła i migdałów. Przy braku innego pożywienia nawet picie dużej ilości gorącego wywaru z suszonej pokrzywy do organizmu dostarczało się znaczną ilość dodatkowych kalorii nie tylko z wartości odżywczych pokrzywy, ale i z gorącej wody. W wielu przypadkach pozwalało to na dalsze przeżycie. Jednak jak się później okazało jedzenie dużej ilości pokrzywy w warunkach ogólnego niedożywienia, a zwłaszcza w przypadku braku w jedzeniu cukru, u młodych ludzi powoduje poważny niedorozwój trzustki, ze względu na to, że pokrzywa jest jednym z naturalnych leków na cukrzycę. Z tego powodu ponad 60 procent żyjących jeszcze w Polsce Sybiraków obecnie w choruje na cukrzycę głownie tylko z tego powodu, że w młodości na Sybirze przy ogólnym niedożywieniu i braku w jedzeniu cukru, a tylko dla zaspokojenia głodu jadali duże ilości pokrzywy.

Przyszła ostra zima roku 1943/44. Zabrakło nam prawie wszystkiego tego, co było potrzebne do życia. Póki był opał to całe dnie spędzaliśmy na specjalnym rosyjskim piecu, i na leżance obok pieca ogrzewanej spalinami z tego pieca. Rosyjski piec do ogrzewania mieszkania wyglądem przypominał polski piec do pieczenia chleba. W dzień służył do ogrzewania mieszkania i do gotowania posiłków, a w nocy na jego górze i na leżance obok do spania. Zawsze wieczorem przed spaniem usiłowano dobrze napalić piec, żeby w nocy w zimie w mieszkaniu nie było zbyt zimno, to znaczy żeby woda w wiadrach nie zamarzała. Zawsze palenie w piecu pilnowała jedna osoba ze starszego rodzeństwa, zadaniem której było czekanie aż się całkowicie wypali drewno i w piecu pozostanie tylko lekki żar. W tym momencie trzeba było zasunąć szyber dla zmniejszenia strat ciepła przez komin. Jeżeli ktoś z domowników pilnujących palenia w piecu za wcześnie zamknął szyber, to pojawiało się duże niebezpieczeństwo zaczadzenia całego mieszkania, a zwłaszcza jego części w pobliżu pieca. Spanie na piecu było przy zamkniętym szybrze bardzo niebezpieczne ze względu na dużą możliwość zaczadzenia się. Kiedyś w nocy z zawrotami i z silnym bólem głowy schodząc z pieca wywróciłem się i uderzając głową o drzwi wejściowe do mieszkania nawet rozbiłem sobie nos. Tym upadkiem narobiłem wiele niezamierzonego hałasu w domu, co spowodowało obudzenie się reszty rodziny. Okazało się, że nie tylko ja ale i pozostała część rodziny w większym lub w mniejszym stopniu również uległa zaczadzeniu. Do dziś pamiętam ten silny połączony z zawrotami ból głowy i ten nie do zniesienia szum w uszach. Być może, że mój nie zamierzony upadek z pieca uratował życie nie tylko mnie, ale i uratował życie chociaż części naszej rodziny. Podobne zdarzenie z upadkiem z pieca pod wpływem zaczadzenia wcześniej miał mój młodszy brat Mieczysław. Jego wcześniejszy upadek również ocalił całą naszą rodzinę przed poważnym zaczadzeniem. Po tych zdarzeniach ostatecznie na stałe zaprzestano zamykanie szybra w piecu bez względu na zimno panujące w mieszkaniu.

W porze nocnej w mieszkaniu na dole buszowały szczury, a na górze na piecu gryzły nas wszy i pluskwy. Od pluskiew podobnie jak i od wszy trudno było się obronić. Podczas snu pluskwy spadały z sufitu wprost na ciało i dotkliwie gryzły. Zgłodniałe szczury tak się rozbestwiły, że trudno było przed nimi schronić posiadane resztki pożywienia. Chowanie żywności nawet na wysokich półkach ściennych nic nie dawało, ponieważ szczury dosyć sprawnie chodziły po chropowatych ścianach w mieszkaniu. Jedynym stosunkowo skutecznym sposobem ochrony żywności przed szczurami było wieszanie jej na sznurkach na suficie. Z braku żywności szczury zaczęły gryźć naszą odzież, a nawet zaczęły nas atakować. Nocą nawet zabierały się do ogryzania naszych ciał. Szczególnie próbowały atakować najmłodszą siostrę i najmłodszego brata. Jednej nocy najmłodsza siostra Kasia została dosyć mocno pogryziona. Sytuacja stała się groźna. Zatykanie ich dziur nic nie dawało, bo prawie natychmiast w podłodze pojawiały się nowe dziury. Hałas podczas wygryzania nowych dziur w podłodze w nocy był tak wielki, że w ogóle nie dało się spać. Pamiętam jak raz na Święta Bożego Narodzenia zrobiono w domu choinkę, którą między innymi ubrano w ciastka zrobione z mąki jęczmiennej. Jeszcze dobrze nie zgaszono lampy naftowej, a tu już w mieszkaniu rozległ się wielki raban. Szczury natychmiast z choinki zaczęły odgryzać powieszone tam ciastka i przenosić je do swoich nor w podłodze. Wreszcie zdobyto łapkę, z której przez pewien czas prawie bez przerwy trzeba było wybierać złapane szczury. Nie mogliśmy się nadziwić skąd tu się bierze tyle szczurów. Gdy wprowadzaliśmy się do tego pustego domu, miejscowa ludność ostrzegała nas, że zostaniemy zjedzeni przez szczury, ponieważ wcześniej był tu taki przypadek, w co nie uwierzyliśmy, a co później nie omal mogło stać się faktem dokonanym. Po pewnym czasie szczury nagle z naszego domu się wyniosły. Natomiast ze wzmożoną siłą zaatakowały sąsiednie zabudowania kołchoźników. Prawdopodobnie doszły do wniosku, że u tych biedaków nic nie wskórają.

W samym środku zimy zabrakło nam opału, którego zdobycie legalną drogą w tych trudnych warunkach zimowych było praktycznie niemożliwe. Zapadła decyzja o rozbiórce na opał stojącej obok naszego domu komórki. Najpierw doszło do potyczki słownej rozjuszonej właścicielki z Mamą. Powstała wielka awantura. Zaczęła wrzeszczeć“ proklatyja polskaja swołocz, poczymu wy rańsze wsie nie podochli” (przeklęci polscy dranie, dlaczego wy wcześniej wszyscy nie powyzdychali). Zrobiło się zbiegowisko. Uczestnicy zbiegowiska wypomnieli nam wsie skuszane (wszystkie zjedzone) przez nas “sobaki”(psy) i “koszki" (koty). Mama nie wytrzymała nerwowo i użyła obraźliwego słowa wobec Rosjanki. Ta z furią rzuciła się na Mamę, okładając Ją pięściami. Kto był w domu ruszył na pomoc Mamie. Ze zwarcia Rosjanka wyszła z rozbitym nosem. Oświadczyła, że idzie na NKWD. Na całą naszą rodzinę padł blady strach. Jedynie Mama była spokojna. Pouczyła młodsze rodzeństwo łącznie ze mną, że gdy tylko przyjdą Ją aresztować, to wszyscy natychmiast musimy uczepić się Jej i trzymać się kurczowo. Po niedługim czasie przyszedł NKWDzista z nakazem aresztowania Mamy za pobicie Rosjanki. Natychmiast wszyscy jak na komendę kto tylko był w domu z młodszego rodzeństwa uczepiliśmy się kurczowo Mamy zaczęliśmy wrzeszczeć, że nie damy Jej zabrać. Matka oświadczyła NKWDziście, że nigdzie nie pójdzie sama. Może pójść do więzienia, ale tylko razem z dziećmi. NKWDzista stwierdził, że ma tylko nakaz aresztowania Mamy i nie może aresztować razem z Nią dzieci. W pewnym momencie nawet próbował oddzielić nas od Mamy, ale nie mógł sobie z tym poradzić. Gdy któregoś z nas próbował chwycić, to usiłowaliśmy gryźć go po rękach. Pod groźbą ugryzienia natychmiast nas puszczał. Po dłuższej szamotaninie dał za wygraną stwierdziwszy: eto nie liudzi, eto polskieje zwiera” (to nie ludzie, to polskie zwierzęta) i o odszedł z niczym. Nikt później nie usiłował ponownie dokonać aresztowania Mamy, nawet gdy sama była w pracy. Za to, aż do wiosny mieliśmy dobry, suchy opał z części rozebranej komórki. Pozostałą część rozebranej komórki nocą w tajemnicy przed nami zdołała zabrać jej właścicielka.

Na wiosnę 1944 roku podczas ruszania lodów na rzece Pinedze niedaleko od naszego domu powstał olbrzymi zator lodowy. Rozszalała rzeka podmyła brzeg doprowadzając do poważnego osunięcia się części uprawianego pola, na którym nieopodal stał nasz dom. Z uprawianej osuniętej ziemi na niezbyt dużej głębokości wyłonił się straszliwy widok setek, a być może tysięcy ludzkich szkieletów. Między którymi aż się roiło od szczurów. Domyślając się wszystkiego, wreszcie zrozumieliśmy dlaczego w tym domu chciały nas zjeść szczury i dlaczego na polu leżącym nad tymi zwłokami tuż obok naszego domu tak dobrze udawały się kołchoźnikom ziemniaki o dziwnych liściach i o dziwnie zniekształconych bulwach. Być może, że był to inny rodzaj ziemniaków niż był nam znany w Polsce. Później dowiedzieliśmy się, że w miejscu tym nie tak dawno zrównanym z ziemią wcześniej było wielkie cmentarzysko po zmarłych łagrownikach zatrudnionych przy budowie rejonowego miasta Pinega. Podczas zacierania tej masowej łagrowej zbrodni ocalała jedynie stara, tak zwana cywilna część cmentarza, gdzie były jeszcze widoczne liczne prawosławne nagrobki.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Zygmunt Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).