Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka: III. Bliżej Polski
Wspomnienia Zygmunta Śpiewaka

III. Bliżej Polski

Zwycięska bitwa I Dywizji Wojska Polskiego im. Tadeusza Kościuszki pod Lenino w październiku 1943 roku oraz szybki marsz wojsk armii czerwonej z wojskiem polskim na zachód korzystnie wpłynęły na nasze położenie na Sybirze. Korzystając z tych zwycięstw, zarówno dowództwo wojska polskiego, jak i Związek Patriotów Polskich rozpoczęli intensywne starania u władz sowieckich w celu przeniesienia reszty jeszcze żyjących w nieludzkich warunkach deportowanych Polaków do miejsc, gdzie możliwość przeżycia będzie większa. Szczególnie te starania zostały nasilone z początkiem 1944 roku, kiedy to było już pewne, że Niemcy wojnę muszą przegrać. Pomimo, że rokowania te utrzymywane były w ścisłej tajemnicy, to na wiosnę 1944 roku do nas co pewien czas docierały poufne informacje, że niedługo będziemy ewakuowani. W pierwszej kolejności ewakuacji miały podlegać rodziny wojskowych służących w Armii Czerwonej i w Wojsku Polskim będącym na terenie ZSRR. Ale za każdym razem wiadomości te nie sprawdzały się.

Wreszcie w czerwcu 1944 roku do Pinegi z Archangielska przyleciał “kukuruźnik”(samolot) z wymarzoną wiadomością. Mamy przygotować się do ewakuacji. Przypłynie po nas statek rzeczny. Był to chyba najszczęśliwszy dzień w naszym życiu. Wielka otucha wstąpiła w nasze serca. A jednak przeżyliśmy ten koszmar na tej nieludzkiej ziemi i mamy szansę powrócić do Polski. Po paru dniach oczekiwania znowu przyszła gorycz rozczarowania. W ustalonym dniu nie przypłynął zapowiadany statek, a rzeką Pinegą nadal płynęło spławiane drewno. W istniejących tam warunkach rzeka była jedyną drogą transportu drewna z tajgi do miejsc przeznaczenia, głownie do łagrowych tartaków, przeważnie zlokalizowanych nad brzegami rzeki Północnej Dwiny. Po paru dniach nagle spław drewna ustał i obiecany statek zjawił się po upływie prawie tygodnia w Pinedze. Okoliczna ludność rosyjska nie mogła uwierzyć w to, że nam się udało za zgodą władz sowieckich zbiorowo opuścić to miejsce. Twierdzili, że deportowanym po rewolucji październikowej tutaj jeszcze nikomu to się nie udało. “Wsie zdzieś podochli” (Wszyscy tutaj zginęli). Żegnając się z nami mówili: ”Was nie oswobodziła sowieckaja właść, was oswobodili Angliczanie i Amerykańcy, a nas kto oswobodit” (Was nie uwolniła władza radziecka, was uwolnili Anglicy i Amerykanie, a nas kto uwolni). Jaka była nasza radość, gdy wszyscy zgromadzeni na przystani zostaliśmy zabrani od razu pierwszym kursem. Statek po rzece poruszał się powoli pomimo tego, że płynął z prądem rzeki. Bardzo często nadziewał się na bale drewniane znajdujące się pod powierzchnią wody. Stwarzało to ciągłe niebezpieczeństwo przebicia dna statku i jego zatonięcie. Dlatego na dziobie statku stali ludzie z bosakami i odpychali na bok znajdujące się na wodzie i widoczne pod wodą bale drewniane. Dla bezpieczeństwa nocą statek nie płynął, a tylko cumował przy nabrzeżach. Podczas postoju na statku trzeba było bardzo pilnować się przed napadami okolicznych złodziei. Rzeką Pinegą, a później rzeką Północną Dwiną po paru dniach dopłynęliśmy do Archangielska. Dosyć późnym wieczorem zbiorowo pod ochroną poprowadzono nas do miejsca czasowego naszego zakwaterowania. Ze zdumieniem stwierdziliśmy, że idziemy ulicami, na których wszystkie jezdnie i chodniki były wyłożone ociosanymi balami drewnianymi. Po wejściu do domu byliśmy przerażeni, prawie we wszystkich pomieszczeniach naszego zakwaterowania “stały” ludzkie szkielety. Okazało się, że naszą tymczasową kwaterą były pomieszczenia Instytutu Medycznego. Nie chcieliśmy tam nocować. Oświadczono nam, że nie mają dla nas innego pomieszczenia. Z czasem przyzwyczailiśmy się do tej “kościotrupowej” scenerii. Zresztą z naszych sal później szkielety ludzkie zostały usunięte. Następnego dnia z samego rana prawie wszyscy dorośli ruszyli na zwiedzanie Archangielska. Nie pomogły wcześniejsze ostrzeżenia przed złodziejami. Znaczna część ze zwiedzających została doszczętnie okradziona z dokumentów i resztek rubli przez słynnych archangielskich “żulików” (opryszków). W pomieszczeniach Instytutu Medycznego po raz pierwszy w życiu zobaczyłem bieżącą wodę w kranach. Nie mogliśmy zrozumieć na czym to polega. Staliśmy przy umywalkach, otwieraliśmy kurki i próbowaliśmy doczekać się chwili, gdy cała woda się z nich “wyleje”. Ciągle od zlewów przepędzał nas dozorca budynku i zakręcał otwarte kurki. Aż tu nagle zabrakło wody w kurkach, a z pomieszczeń piwnicznych dochodził wielki szum wody i wrzask dziecięcy w polskim języku - “ratunku”!. Po pewnym czasie słychać było dodatkowy krzyk w języku rosyjskim “ty polskaja swołacz” (ty polski draniu). Okazało się, że jeden młody polski chłopak, mieszkaniec tego domu pomimo zakazu wstępu w jakiś sposób dostał się do zamkniętej na klucz hydroforni, zobaczył tam manometr. Myślał, że to jest zegarek i postanowił go ukraść. Wykręcając manometr spowodował awarię wodną, co doprowadziło do zalania piwnic i podobno do powstania znacznych szkód. Ze strachu przed silnym strumieniem wody wlazł na rurociągi i siedząc pod sufitem w hydroforni głośno krzyczał “ratunku”, a którego z opresji musiał ratować dozorca domu. Dozorca był wściekły, krzyczał “ty polskaja swołacz”, groził jego matce, że odda go na milicję, że zostanie wsadzony do “tiurmy” (więzienia). Matka tego chłopaka błagała dozorcę, żeby tego nie robił. Po pewnym czasie dał się udobruchać. Ale z powodu tego incydentu w następnych dniach pobytu w tym domu mieliśmy poważnie utrudniony dostęp do wody i do ubikacji. Zarówno po wodę jak i do ubikacji trzeba było chodzić do piwnicy. Pomieszczenia te zawsze były pilnowane przez specjalnie wyznaczonych dyżurnych z pośród mieszkańców. Oprócz tego dodatkowo zostaliśmy przekazani pod nadzór Wojska Polskiego z I Dywizji im. T. Kościuszki. Po kilkudniowym zgromadzeniu całego zaplanowanego stanu osobowego do transportu z okręgu archangielskiego, przewieziono nas przez rzekę Dwinę na nabrzeże portowe. I znowu nerwowe chwile niepokoju - przyjedzie czy też nie przyjedzie zapowiadany pociąg towarowy. Przyjechał. Dosyć sprawnie zostaliśmy załadowani do wagonów i zaraz ruszyliśmy w drogę w powrotną w kierunku Polski. Na razie nie wiedzieliśmy dokładnie gdzie nas wiozą. Przypuszczaliśmy, że już jedziemy do rodzinnego domu w Zapolu. Było ciepło. Pociąg poruszał się powoli. Lokomotywa była opalana drewnem. Dlatego dosyć często pociąg zatrzymywał się w lesie dla uzupełnienia opału. Raz kiedyś pociąg zatrzymał się w lesie dla uzupełnienia drewna do opalania lokomotywy. Niedaleko od torów kolejowych w lesie było widać na drzewach mnóstwo ptasich gniazd. Mój młodszy brat Mietek i kilku innych chłopców postanowili powybierać jaja ptakom z tych gniazd. Gdy tylko zdołali powłazić na drzewa i zacząć wybierać jaja z gniazd, nagle maszynista parowozu dał sygnał i pociąg ruszył w dosyć szybkim tempie. Przerażeni chłopcy zmuszeni byli szybko skakać z drzew i do swoich wagonów byli wciągani już w dosyć dużym biegu pociągu. Nie wiele brakowało, żeby w ogóle nie zdążyliby wsiąść do pociągu. Pozostanie samotnie na takim pustkowiu tak młodych dzieci mogłoby się dla nich wszystkich skończyć bardzo źle. Po tej przykrej nauczce później owi wybieracze ptasich jaj z gniazd już zawsze trzymali się w pobliżu stojącego pociągu. Natomiast zamiast jak wcześniej sobie obiecywali, że przyniosą dużo jaj do jedzenia, a w rzeczywistości za pazuchami swoich koszul przynieśli tylko trochę wyciekającej przez nogawki ich spodni jajecznicy z rozbitych ptasich jaj. W czasie podróży bardzo dokuczał nam brak jedzenia, ponieważ prawie na samym początku podróży skradziono nam (zgubiono) prawie cały posiadany zapas rubli. Dlatego braki w jedzeniu podobnie jak czyniliśmy wcześniej uzupełnialiśmy zbieraniem na torowiskach stacyjnych krochmalu po wyschniętych zgniłych lub po zmarzniętych ziemniakach. Podczas gotowania posiłku z takiego krochmalu wydzielał się strasznie nieprzyjemny odór. Ale nawet ten nieprzyjemny w zapachu i w smaku posiłek był lepszy na głód niż nic. Jednak taki posiłek trzeba było gotować z dala od wagonu, aby przykry zapach nie przeszkadzał innym.

Jechaliśmy przez Moskwę. Od strony zachodniej pojawiły się nieprzebyte linie obronne, niekończące się okopy, zasieki druciane i zapory przeciwczołgowe wykonane z szyn kolejowych. Wszystkie drzewa w lesie miały połamane wierzchołki. Dalej było już jedno wielkie rumowisko zniszczonego sprzętu wojskowego i zgliszcza po zabudowaniach. Na całej tej przestrzeni nie było widać nikogo. Nawet nie było ptaków. Dojechaliśmy do pamiętnego Orła. Jedno wielkie morze gruzów. Dosłownie nie ocalał ani jeden dom. Stację kolejową stanowiły jedynie wagony towarowe. Po jakimś czasie jazdy, a było to w okolicach na wschód od Charkowa odstawiono nasz pociąg na bocznicę w mało zamieszkałej okolicy. Zabrano parowóz. Znikli również ochraniający nas żołnierze wojska polskiego. Staliśmy tam dosyć długo, ponieważ wszystkie parowozy były zajęte przewożeniem transportów wojskowych na front podczas szybko postępującej przeciw Niemcom ofensywy letniej wojsk sowieckich i wojska polskiego w 1944 roku. Podczas tego długiego postoju naszego transportu, pomimo ponownych ostrzeżeń i podjętych środków zaradczych, po raz któryś z rzędu zostaliśmy ponownie okradzeni. Oprócz resztek rubli skradziono nam również wszystkie posiadane nasze dokumenty osobiste. Tym razem padło podejrzenie, że złodziejem był ktoś z naszego wagonu, ale dokumentów i tak nie odzyskano. Pociąg był okradany przez złodziei pochodzących z zewnątrz nie tylko podczas postoju, ale również podczas jazdy. Okoliczni złodzieje dobrze znali miejsca, gdzie pociągi jadą wolno. Zazwyczaj było to tam, gdzie pociąg musiał jechać pod górę. Korzystając z wolnej jazdy pociągu opryszki wskakiwali do otwartych wagonów szybko wyrzucali z nich co im się nawinęło pod rękę i szybko uciekali. Często złodzieje byli w zmowie z maszynistami parowozów. W umówionym miejscu pociąg zwalniał, następował niespodziewany szybki rabunek z otwartych wagonów i pociąg przyśpieszał. Tuż za Charkowem od strony zachodniej doszło do niespodziewanego spotkania. Padał silny deszcz, po prostu była silna burza, po czym dosyć szybko wypogodziło się. Nasz pociąg zatrzymał się na małej stacji prawdopodobnie dla przepuszczenia jakiegoś transportu. Wyszliśmy z wagonów. Nagle padł rozkaz do wagonów. W chwilę później z przeciwnego kierunku wjechał pociąg złożony z samych platform, na których w równych szeregach na podkładach kolejowych w czwórkach siedzieli przykuci mężczyźni. Często na sobie mieli tylko w same koszule. Przemoknięci byli do suchej nitki. Pociąg ten również zatrzymał się na sąsiednim torze obok naszego pociągu. Pomimo zakazu konwojentów wywiązała się rozmowa. Jak się okazało, że wracamy z Sybiru wypytywano nas jak tam jest. Jeden z tych nieszczęśników po ukraińsku pogardliwie stwierdził “poczemu wy wsie tam nie podochli” (dlaczego wy wszyscy tam nie powyzdychali) i zwracając się do siedzącego obok siebie współtowarzysza niedoli powiedział “kum tiepier my tam nawierno podochniem” (kumie teraz my na pewno tam zginiemy). Niektórzy z nich usiłowali przekazać listy do swoich rodzin, które natychmiast były konfiskowane przez konwojentów. Część wykrzykiwała prośby o przekazanie wiadomości swoim rodzinom zamieszkałym głównie na Wołyniu, gdzie ich teraz wiozą. Zarówno oni jak my w tym momencie byliśmy jeszcze przekonani, że już wracamy do swoich przedwojennych domów znajdujących się właśnie na Wołyniu. W tym czasie dobrze wiedzieliśmy o tym, że wojska sowieckie i Wojsko Polskie wyzwoliły prawie całe kresy wschodnie i po przekroczeniu rzeki Bug dosyć szybko poruszały się w kierunku na Berlin. Z pobieżnego rozeznania wynikało, że byli to aresztowani nacjonaliści ukraińscy z band UPA, ponieważ między sobą rozmawiali po ukraińsku i dobrze posługiwali się językiem polskim. Nie mieliśmy żadnej wątpliwości, że wśród nich mogli być również ukraińscy oprawcy ludności polskiej z okresu przed deportacją i po deportacji nas na Sybir. O masowych mordach Polaków na kresach wschodnich dokonywanych przez Ukraińców podczas wojny niemicko-radzieckiej dochodziły nas również słuchy na Sybirze. I okazało się, że to co oni wcześniej zgotowali Polakom na kresach wschodnich będzie teraz ich udziałem. A jednak czasem okrutny los pokrzywdzonych choć w części obraca się przeciw ich sprawcom.

Niestety byliśmy w błędzie. Nasz transport zamiast zawieźć nas do rodzinnego domu w Zapolu, przywiózł nas do “sowchozu” (PGR-u) Trepowka w rejonie Kirowograd, okręg Połtawa na Ukrainie. “Naczalnik sowchoza” (kierownik PGR-) zrazu poinformował nas wszystkich Sybiraków o naszych obowiązkach. Nadal objęci byliśmy prawem wojennym, z którego głownie wynikało tylko to, że musimy wydajnie pracować dla “pobiedy otieczeskoj wojny” (zwycięstwa ojczyźnianej wojny), bo inaczej “tiurma” (więzienie). Później jak podobnie nam wcześniej podano do wiadomości na Sybirze wymienił co nam nie jest wolno. Nauczeni wcześniejszym doświadczeniem tymi zakazami nie zamierzaliśmy się przejmować. W domu-lepiance z gliny w jednym niewielkim pokoju zakwaterowano całą naszą dziesięcioosobową rodzinę i dwie inne rodziny liczące po dwie osoby każda. Był to już miesiąc lipiec 1944 roku. Matka i starsze rodzeństwo od razu zostali skierowani do robót polowych i gospodarczych. Pomimo ciężkich warunków lokalowych i bytowych w porównaniu z tym co było wcześniej na Sybirze, pobyt w Trepowce dla nas jako dla dzieci wydawał się istnym rajem na ziemi. Wokół na polach był słynny ukraiński czarnoziem. Pola obsiane zostały jeszcze przez Niemców zbożem, kukurydzą, słonecznikiem, burakami i obsadzone ziemniakami. Ziemniaki były sadzone w dosyć dziwny sposób. W jedno miejsce wrzucano kilkanaście sadzeniaków i przykrywano je dosyć dużym kopczykiem ziemi i aż do zbiorów nie robiono przy nich żadnych zabiegów uprawowych. Podczas zbioru z jednego kopczyka uzyskiwano więcej niż duże wiadro dorodnych ziemniaków. Miejscowi Ukraińcy twierdzili, że jeszcze nigdy w życiu nie widzieli tak dobrego urodzaju jak w 1944 roku po Niemcach. Podobno w tej miejscowości pola pod zasiewy po raz pierwszy w całej historii Ukrainy zostały zasilone przez Niemców sztucznymi nawozami. Na polach po niedawno przebytym froncie było mnóstwo rozbitych czołgów i dział pancernych. Była niesamowita ilość broni i amunicji. Dosyć szybko weszliśmy w komitywę z ukraińskimi dziećmi. Zabawa odbywała się na całego. Pola i ugory stanowiły dla nas wspaniałe miejsca zabaw. W “Sowchozie” Trepowka jedną z podstawowych sił pociągowych do pracy w tym czasie były woły. Latem przez cały dzień woły musiały pracować jako siła pociągowa, głownie w polu. W celach oszczędnościowych karmione były tylko nocą na pastwiskach, głownie na nieużytkach. Często nieużytki, na których pasiono woły nie udało się do końca w stu procentach rozminować rosyjskim saperom. Dlatego zdarzały się nieliczne przypadki, że woły były zabijane przez wybuchające miny na tych pastwiskach. Nocnym pasieniem wołów zajmowali się na zmianę prawie wszyscy mężczyźni “sowchoza”. Pasterze w porze nocnej posiadali przy sobie karabiny. Również od czasu do czasu do pasienia tych wołów byli kierowani moi dwaj starsi bracia. Nocami dla zabicia czasu i dla zabezpieczenia się przed kradzieżą wołów pasterze często urządzali sobie strzelaninę, głównie przy użyciu pocisków smugowych. Dostarczaniem im tych pocisków smugowych głównie myśmy się zajmowali, zbierając je na pobojowiskach frontowych , głównie w rozbitych czołgach i w działach pancernych oraz w zasypanych w ziemi magazynach amunicji strzeleckiej. W zamian za dostarczone pasterzom wołów pociski smugowe mieliśmy możliwość postrzelania sobie, co w porze nocnej stanowiło wielką frajdę. Pewnego razu starszy brat Tadeusz znalazł zagrzebany w ziemi karabin, który miał lufę trochę skrzywioną i w środku poważnie zanieczyszczoną, a nabój znajdujący się w komorze nabojowej był zawilgocony, co utrudniało dokonanie wystrzału. Brat Tadeusz zadecydował, by wyjąć zamek i przy pomocy młotka i gwoździa spowodować wystrzał. Skutki tego działania były fatalne. Po detonacji , twarz brata była czarna jak u murzyna. Okazało się, że podczas detonacji jednak zdążył zamknąć powieki i dlatego nie doznał uszkodzenia oczu, ale wymyć twarzy się nie dało, bowiem całkowicie nie spalony mokry proch o sześciobocznych kształtach powbijał się mu pod skórę, głownie na twarzy. Skończyło się to wizytą u lekarza i bolesnymi zabiegami. Szczęśliwym losem nikt z naszej rodziny nie został zabity lub poważnie ranny z powodu wybuchów min i niewypałów. Chociaż tam żniwo śmierci wśród miejscowej ludności z powodu wybuchu min i niewypałów było straszne. Najczęściej ludzie dorośli ginęli od min niewypałów podczas prac polowych. Natomiast młodzież i dzieci zazwyczaj ginęła podczas zabawy z niewybuchami. W pewnym momencie bawiąc się niewypałem zostaliśmy zawołani przez Mamę na obiad. Po chwili nastąpił straszny wybuch. Zostało zabitych 4 chłopców i było kilku ciężko rannych. Nawet zginął mój serdeczny ukraiński kolega Jura Krasucki, z którym się najczęściej bawiłem. Nawet później zostałem uznany za przybranego syna pani Krasuckiej. Jednak ja strasznie bałem się jej, że mnie zbierze do siebie i dlatego unikałem jej jak ognia, z czym miałem wielkie trudności, ponieważ mieszkaliśmy razem w jednym domu i w dodatku w jednym korytarzu.

W Trepowce był również sad owocowy. Dookoła był obsadzony morwą. Między pasem morwy, a sadem w czasie działań wojennych został wykopany głęboki rów strzelecki, który dla nas był dobrym schronieniem podczas późniejszych wypadów do sadu po owoce. Według władz “sowchoza” nam wolno było zrywać tylko morwę. Do sadu mieliśmy wstęp zabroniony. Skończyła się morwa. Trzeba było sięgać po jabłka i gruszki w sadzie. Strażnik sadu na postrach dla złodziei strzelał z broni palnej. My z rowu strzeleckiego po pewnym czasie do strażnika również zaczęliśmy rzucać granaty, lub strzelać z broni palnej. Strażnik w popłochu chował się w swojej “ziemlance”. W czasie takiego zamieszania z drugiej strony sadu część naszej grupy zrywała jabłka i gruszki z drzew i wynosiła je do szałasów lub do “ziemlanek” na polach kukurydzy lub na polach słoneczników. Wskutek naszych kradzieży w sadzie dosyć szybko ubywało jabłek i gruszek. Z tego powodu strażnicy mieli kłopoty z “naczalnikiem sowchoza”. Groził im sankcjami jeżeli nie zlikwidują naszego złodziejskiego procederu. Żądał złapania złodziei dla przykładnego ich ukarania. Jednym ze strażników w sadzie był nasz Sybirak hrabia ziemski Raczyński, podobno Ukrainiec z pochodzenia i dlatego został wyróżniony tą funkcją. Pomimo tego wśród strażników “naczalnik sowchoza” najbardziej podejrzewał jego, że sprzyja nam w okradaniu sadu. Rzeczywistość była zupełnie inna. W swojej roli był on bardziej papieski niż sam papież. Zresztą przez pozostałych Sybiraków w Trepowce był podejrzewany o donosicielstwo. Prawdopodobnie z tego powodu był znacznie lepiej traktowany od pozostałych pracujących tam polskich Sybiraków. Gdy on pilnował sadu, to mieliśmy największe trudności ze zdobyciem owoców. Pewnego razu postanowił nas zaskoczyć. Zamiast pójść do sadu zaczaił się w naszym ranczo w kukurydzy. Obładowany jabłkami nie podejrzewając niczego przez zaskoczenie zostałem przez niego złapany. Broniłem się jak tylko mogłem, ale nie dałem rady. Z całkowicie podartą koszulą i spodniami, oraz ze zwichniętą ręką zostałem siłą doprowadzony przed oblicze “naczalnika sowchoza”. Z tego powodu moja Mama miała duże kłopoty w “naczalstwie sowchoza”. W odwet doszło do wielkiej awantury pomiędzy Mamą i Raczyńskim. Mama groziła Raczynskiemu, że pójdzie na milicję ze skargą na niego ze mnie pobił, podarł mi ubranie i w ogóle zrobił ze mnie kalekę przez uszkodzenie ręki. On usilnie się tłumaczył, że tego nie chciał zrobić. Chciał mnie jedynie złapać. Twierdził, że jest to moja wina, ponieważ kradłem jabłka i gdy tylko chciał mnie zatrzymać, to się usilnie broniłem, a nawet ugryzłem go w rękę. W końcu cała ta awantura skończyła się tylko na tym, że w zamian za podarte ostatnie moje odzienie dostałem sukienkę z jednej jego córek. Z powodu Raczyńskiego różne kłopoty również mieli i inni Sybiracy mieszkający w Trepowce. Nawet mieliśmy zamiar sprawić mu srogie lanie, gdy tylko wrócimy do Polski. Do tego nie doszło, ponieważ zaraz po przekroczeniu granicy polskiej ratował się ucieczką z transportu i później wszelki ślad po nim w Polsce zaginął. Jednak na skutek naszych licznych kradzieży w sadzie do zbioru pozostało niewiele jabłek i gruszek. Prawie całą pozostała resztę jabłek i gruszek wybraliśmy jesienią z magazynu przy pomocy drutów przez wybitą szybę w zakratowanym oknie. Gdy przyjechał transport po odbiór jabłek i gruszek, po otwarciu magazynu okazało się, że jest prawie pusty. W magazynie pozostały tylko te nieliczne jabłka, których nie mogły dosięgnąć nasze druty. Władze “sowchoza” nie mogły zrozumieć tego jak się to stało, że nie ma żadnych śladów włamania do magazynu i prawie nie ma w nim jabłek i gruszek. Z tego powodu “naczalnik sowchoza” (kierownik PGR-u) miał wielkie kłopoty, nawet sprawą zajmowało się NKWD. Po pewnym czasie dowiedzieli się w jaki sposób wykradziono jabłka i gruszki z magazynu. Byliśmy w strachu, a zwłaszcza ja, ponieważ już wcześniej byłem przed obliczem “naczalnika sowchoza” jako złapany złodziej jabłek. Nawet w pewnym momencie grożono nam “tiurmą” (więzieniem), ale po pewnym czasie sprawa ucichła. Lato w Trepowce było dla nas okresem wyjątkowej swobody. Nawet na noc nie wracaliśmy do domu, bo nie było po co tam wracać. Warunki mieszkaniowe były straszne. W jednym małym pokoju w glinianej lepiance kwaterowało 3 rodziny. Najgorsza była noc. Nie było miejsca do spania dla wszystkich na barłogu ze słomy na podłodze. Dlatego mieliśmy własne szałasy lub po frontowe “ziemlanki” w słoneczniku lub w kukurydzy. Na terenie “sowchoza” w specjalnie do tego celu przygotowanych “ziemlankach” również hodowaliśmy króliki. A gdy było zimno przebywaliśmy w stogach słomy. Każdy oddzielnie dla siebie w stogu słomy wyskubywał dosyć długi tunel do leżenia. Po wejściu do środka przed zimnem lub w celu zamaskowania wejście do tunelu od wewnątrz było zatykane słomą. Jednak przebywanie w stogach słomy było bardzo niebezpieczne ze względu na możliwość pożaru. Zdarzało się, że czasem na polach stogi ze słomą płonęły, ale nam nie przydarzyło się to ani razu. Brakujące jedzenie zdobywało się chodząc po prośbie po okolicznych “posiołkach”. Okoliczna ludność ukraińska była nawet dosyć szczodra. W tym czasie podczas prośby po upływie kilku lat nawet ponownie poznałem smak miodu. Gorzej było z odzieniem. Przez pewien czas nawet musiałem chodzić w sukience. Latem 1945 roku na pustkowiu udało się mojemu młodszemu bratu Mietkowi i kilku innym chłopcom złapać prosiaka. Został utuczony również w “ziemlance”. Z karmą dla prosiaka nie było żadnego problemu. Zebrane podczas żniw przy pomocy kombajnów zboże latem i jeszcze częściowo jesienią z braku dostatecznej ilości powierzchni magazynowej pod dachem przez jakiś czas zboże leżało na pryzmach bez przykrycia na otwartym terenie“sowchoza”. Na pryzmie wewnętrzne warstwy suchego zboża przed deszczem były chronione tylko górną warstwą porośniętego zboża. W tej sytuacji zawsze można było zmylić czujność wartownika i ukraść zboża ile się tylko chciało. Po zlikwidowaniu tych pryzm zbożowych na otwartej przestrzeni, później potrzebne zboże i ospę można było ukraść podczas karmienia zwierząt sowchozowych. W tych warunkach złapany prosiak był szczególnie dobrze karmiony, a zwłaszcza, że jego karmieniem zajmowało się kilka rodzin, których był on wspólną własnością. Dlatego dosyć szybko wyrósł na pokaźnego tucznika. Na Boże Narodzenie 1945 roku było świniobicie. Pożytku z tego dla naszej całej licznej rodziny nie było zbyt wiele, ponieważ prosiak był własnością kilku rodzin. Bez względu na liczebność osób w rodzinie wszystkie rodziny zostały obdzielone po równo. Dlatego nasza liczna rodzina swoją część prosiaka bez żadnej przesady w jedzeniu spożyła zaledwie w przeciągu paru dni. Najgorsza do przetrzymania w Trepowce była późna jesień i zima. Nie było miejsca do spania w domu. Nie było opału i odzieży. Jedynym opałem była słoma i suche łodygi słonecznika, kukurydzy, piołunu oraz lebiody, ponieważ w okolicy nie było żadnych lasów i nie dawano przydziału węgla na opał. Słomy nie wolno było używać do opału mieszkań, więc była kradziona nocą, po którą trzeba było chodzić bardzo daleko do stogów na polach. Natomiast suche łodygi słonecznika, kukurydzy, piołunu oraz lebiody zbierano chodząc po okolicznych polach i po okolicznych nieużytkach. Im bliżej było wiosny tym po ten opał trzeba było chodzić coraz dalej od zabudowań, co zabierało bardzo wiele czasu. Dodatkowym utrapieniem w zbieraniu z pól opału był chroniczny brak nadającego się do tego celu obuwia. Często nogi z braku obuwia owijane były tylko samymi szmatami z kradzionych w sowchozie” worków jutowych. Często z kradzionych worków jutowych robiono również dla siebie odzież osobistą i sienniki do spania. Latem przy gotowaniu posiłków do opału używano również wyschnięte łajna bydlęce i odchody końskie. Jesienią i wiosną trudne były do zniesienia słynne ukraińskie błota. Dosłownie tonęło się w nich po kolana. Podczas zbiorów i tuż po zbiorach buraków cukrowych prawie wszyscy mieszkańcy “sowchoza” pędzili nocami z nich “bimber”. W tych czasach na Ukrainie “bimber” stanowił najważniejszą “walutę” płatniczą, podobnie jak obecnie na świecie USD. Wówczas za “bimber” można było tam dostać wszystko co się tylko chciało i załatwić wszystkie nawet najtrudniejsze sprawy. Podstawową obiegową jednostką “monetarną” było pół litra. Z tej przyczyny każdy tylko kto mógł pędził “bimber”, który uzyskiwano głównie z buraków cukrowych. Dosyć wielkim problemem w pędzeniu “bimbru” było zdobycie drożdży do przygotowania zacieru z buraków cukrowych. Nie mniejszym problemem była aparatura do jego pędzenia i butelki do jego magazynowania. Często butelka była droższa niż zawarty w niej “bimber”. Dlatego z wymianą butelek wówczas nie było żadnego problemu. W naszym “sowchozie” było kilka przenośnych społecznych instalacji bimbrowniczych, które cechowały się “ bardzo wysokim poziomem technicznym”. Wszystkie niezbędne złączki i uszczelnienia w rozbieralnej aparaturze bimbrowniczej wykonywano przy pomocy mokrej gliny zmieszanej z plewami pszennymi, lub z łajnami końskimi. Nawet miejscowi Ukraińcy twierdzili, że gdy do uszczelnienia aparatury użyje się gliny zmieszanej z końskimi odchodami, to uzyskuje się “oczeń wkusnyj bimber” (bardzo smaczny bimber). Do aparatury bimbrowniczej oczekiwało się w kolejce i prawie wszyscy bez wyjątku wiedzieli kto i kiedy będzie pędził “bimber”, ponieważ w ściśle ustalonym terminie z odpowiednim wyprzedzeniem trzeba było zrobić zacier dla przeprowadzenia odpowiedniej fermentacji alkoholowej. Fermentację zacieru przeprowadzano w “schowanych” beczkach we własnym mieszkaniu. Wówczas w mieszkaniu panował bardzo przykry specyficzny odór i dlatego nie trzeba było być specjalnym fachowcem, żeby wiedzieć co się za tym kryje. O pędzeniu bimbru na swoim terenie dobrze wiedział “naczalnik sowchoza” (kierownik PGR-u). “Bimbru” nie wolno było pędzić w dzień. Wykonywanie tego procederu za cichym przyzwoleniem prowadzono nocą. “Naczalnik sowchoza”, karał tylko tych, którzy pędzili kiepski “bimber”. Jedyną “karą” za pędzenie “bimbru” było rozwalenie aparatury podczas jego pędzenia. Karę tą wymierzał tylko “naczalnik sowchoza”, lub jego “zamieściciel” (zastępca). “Naczalnik sowchoza” przychodził niespodziewanie w nocy, kosztował pędzony “bimber” i jak był niedobry rozwalał całą instalację i odchodził. Niektórzy po wyjściu “naczalnika sowchoza” natychmiast naprawiali aparaturę i pędzili “bimber” dalej, a niektórzy rezygnowali z dalszego pędzenia “bimbru” i aparaturę przekazywali następnemu w kolejce. “Naczalnikowi sowochoza” podczas kontroli za pędzenie “bimbru” trzeba było każdorazowo dawać okup w postaci pełnej litrowej butelki “bimbru”. Brał tylko “charoszyj bimber” (dobry samogon). Myśmy chyba tylko raz na cały pobyt w Trepowce spróbowali samodzielnie pędzić “bimber” u siebie we własnym mieszkaniu i to z bardzo złym skutkiem. Podczas pędzenia nagle zjawił się “naczalnik sowchoza”, skosztował i stwierdził, że “bimber” jest “wrednyj” (ohydny) i rozwalił aparaturę. Oczywiście “naczalnik sowchoza miał rację, że nasz “bimber” był “wrednyj”, ponieważ zacier podczas ogrzewania w czasie pędzenia “bimberu” uległ przypaleniu i samogon o kolorze pomarańczowym niesamowicie śmierdział, głownie spalenizną. Podobnie w całym mieszkaniu niesamowicie śmierdziało spalenizną, wręcz trudno było w nim wytrzymać od tego smrodu. Spaleniznę z naszej instalacji podczas pędzenia samogonu nawet czuć było w okolicznych domach “sowchoza”, o czym już wcześniej ostrzegali nas przychylni nam sąsiedzi. Dlatego “naczalnik sowchoza” nawet nie musiał wychodzić z domu, aby wiedzieć o tym kto w tym czasie pędzi “wrednyj bimber”. A jednak okazało się, że nawet zwykłe pędzenie “bimbru” wymagało dobrego poznania fachu radzieckiego bimbrownika, a zwłaszcza gdy “bimber” robiono z buraków cukrowych . Myśmy tego fachu praktycznie w ogóle nie znali. Dlatego “bimber” od czas do czasu próbowaliśmy pędzić do spółki z innymi. Uzyskiwana tą drogą ilość “bimbru” była znikoma. W ówczesnych warunkach na Ukrainie nieposiadanie lub posiadanie przez nas niewielkiej ilości tej niepodważalnej “waluty” miało bardzo ujemny wpływ na poziom naszego tam bytu w stosunku do tych, którzy tej “waluty” posiadali pod dostatkiem. Tylko przy pomocy tej “waluty” można było bez trudności zdobyć niezbędną odzież i obuwie z czym tam mieliśmy największy kłopot. Dlatego jakość naszego ubrania i obuwia w tych warunkach była wręcz rozpaczliwa.

Jesienią w 1945 roku do wywozu buraków cukrowych z pola naszego “sowchozu” do pobliskiej cukrowni skierowano kilka ciężarówek wojskowych. Wojskowi kierowcy bez zmienników tymi samochodami musieli jeździć przez 24 godziny bez przerwy. Jeden z kierowców zachorował i stwierdził, że nie jest wstanie dalej jeździć. Dowódca jednak kazał mu jechać. On odpowiedział, że nie pojedzie, bo nie może. To ten bez wahania wyjął pistolet i zastrzelił go jak gdyby nic za niewykonanie rozkazu wojskowego.

Jedynym środkiem lokomocji z dala od okolicy Trepowki były pociągi towarowe i oczywiście własne nogi. O jeździe pociągami osobowymi nie było mowy. Trzeba było mieć “komandzirowkę” (delegację). Dla załatwienia niezbędnych spraw własnych w odległych miejscowościach, przychodziło się na stację kolejową do Trepowki i czekało się na pociąg towarowy udający się w pożądanym kierunku. Maszynista parowozu brał “zapłatę” i zwalniał w ustalonym miejscu. Jednak kolej była wielkim siedliskiem złodziei i bandytów. Z tego względu podróż takim środkiem lokomocji była bardzo niebezpieczna. Podobno w rozbojach na kolei udział brali nawet sami maszyniści parowozów. Zwabiali do lokomotywy upatrzone ofiary z przygodnych pojedynczych pasażerów pod pretekstem ogrzania się, zabijali ich i po ograbieniu zwłok wyrzucali je na zewnątrz lub spalali w paleniskach parowozów. Dlatego bardzo niebezpiecznie było podróżowanie w pojedynkę. Szczególnie niebezpieczne było podróżowanie na platformach kolejowych, które w tym czasie były najbardziej dostępne do jazdy pociągiem. Na jadących pasażerów na platformach kolejowych w biegu pociągu bandyci z poboczy torów zarzucali lasso, lub specjalnie przygotowane do tego celu na sznurkach lub na drucie kotwice, przy pomocy których ściągali na ziemię z wagonów ofiary w biegu pociągu, dobijali je i ograbiali ich zwłoki. Dla własnego bezpieczeństwa podczas jazdy na platformie kolejowej trzeba było stać lub siedzieć tuż przy konicy (słupku) platformy. Konica na platformie dosyć skutecznie chroniła przed tego rodzaju niebezpieczeństwem.

Na wiosnę 1945 roku w Trepowce i w okolicznych miejscowościach pojawiła się epidemia tyfusu. Jedynym dostępnym zapobiegawczym lekarstwem stosowanym wówczas tam na tyfus było jedzenie dużej ilości czosnku i cebuli. Innych dostępnych lekarstw nie było. Dostaliśmy wówczas na każdego członka rodziny po kilogramie czosnku i po dwa kilogramy cebuli. Zarówno czosnek jak i cebulę należało spożywać na surowo, najlepiej z olejem słonecznikowym. Szczęśliwym losem nikt z naszej rodziny w tym czasie nie zachorował na tyfus. Większość z naszej rodziny już wcześniej na Sybirze chorowała na tyfus.

Jesienią 1945 roku w Trepowce przez Związek Patriotów Polskich nawet zorganizowano nam polską szkołę, która mieściła się w jednym pokoju biurowym “sowchoza”. Do dyspozycji miała tylko dwa stoły, nie posiadała innych pomocy naukowych. Nauczycielką była bardzo stara komunistka radziecka polskiego pochodzenia. Pytaliśmy ją czy razem z nami powróci do Polski. Odpowiadała, że nie wróci. Była bardzo skromną, a zarazem bardzo biedną osobą. Była chyba biedniejsza od nas. Myśmy już wówczas chociaż w części zdołali zlikwidować u siebie wszawicę, a z niej wszy dosłownie kapały. Nauka w szkole trwała bardzo krótko. Nauczycielka zdążyła postawić mi tylko jedną ocenę na gazecie będącej namiastką zeszytu i było to 5, z czego początkowo byłem bardzo dumny. Duma moja jednak nie trwała długo. Okazało się, że nauczycielka stawiała oceny w systemie rosyjskim, czyli w odwrotnej kolejności niż w systemie polskim. Owa piątka w najlepszym przypadku odpowiadała co najwyżej ocenie niedostatecznej. Wkrótce nauczycielka zachorowała i już nie powróciła do pracy. Szkołę zamknięto.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Zygmunt Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).