Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka: II. Deportacja
Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka

II. Deportacja

Wczesnym rankiem 10 lutego 1940 roku, kiedy wszyscy jeszcze spali, NKWD otoczyło nasz dom. Po wejściu do mieszkania nakazali Ojcu stanąć twarzą do ściany i podnieść ręce do góry i przeprowadzili rewizję w mieszkaniu. Po zakończonej rewizji oświadczyli, iż za kułactwo i za to, że ojciec był zasłużony dla Piłsudskiego - zostajemy wywiezieni na zesłanie. Na pytanie dokąd - odpowiedzieli, że na Białe Niedźwiedzie. Co to oznaczało wówczas nikt z domowników nie wiedział. Później dowiedzieliśmy się, że to oznaczało "Sybir". W domu powstał wielki lament, płacz i prośby. NKWDziści szybko opanowali sytuację, krzycząc i grożąc użyciem broni. Kazano nam się ubierać i pakować, dając na to 40 minut czasu. Pozwolono zabrać podręczne rzeczy i odzież. Mimo tego matce mojej udało zabrać 5 zabitych kur, około 10 kg mąki i 5 kg słoniny. Chleba akurat nie było w domu, gdyż na kolację zjedzono ostatni, a rano miał być pieczony nowy. Ciasto na chleb było już zarobione. Bagażu nie wolno było zabrać więcej niż 10 kg na osobę. Załadowano nas na sanie i zawieziono do szkoły w Zapolu. Byliśmy tam około 7-mej rano. Tam właśnie znajdował się punkt zborny, dla tych wszystkich, którzy mieli być wywiezieni. Około 13-tej powieziono nas saniami na stacje w Lubomlu, gdzie przed godziną 15-tą załadowano nas do wagonu towarowego W wagonie o powierzchni 20 m kw. stłoczono kilka rodzin, łącznie 35 osób. Wagon wyposażony był w prycze zbite z desek, na środku stał mały okrągły piecyk. Ojca odizolowano od nas, wagony zaryglowano, łączność ze światem mieliśmy tylko przez małe okratowane okienko, umieszczone pod dachem wagonu. Po załadowaniu wszystkich wagonów, pociąg ruszył w nieznane.

Przerażony naród, niepewny jutra, bogobojny, śpiewał "Boże coś Polskę" i inne patriotyczno-religijne pieśni. Zima w tej części Europy, którą opuszczaliśmy, była wówczas bardzo sroga, mróz sięgał 30 stopni, a my wciąż jechaliśmy na północny wschód. Raz na dobę otwierano wagony i pozwalano wyjść za swoją potrzebą. Czynności te wykonywano pod wagonami lub w zaspach śniegu. Nikomu nie wolno było oddalać się od wagonów. Po pewnym czasie pomysłowi pasażerowie wyrwali deskę w podłodze wagonu i powstały otwór służył jako ubikacja.

Po skończeniu zapasów żywności, zaczęto dawać 1 bochenek chleba na i na niektórych stacjach węzłowych - zupę. Wody nie dawano, można było ją uzyskać topiąc śnieg. Na postojach transportu można było nabrać wody do naczyń jeżeli ktoś takie posiadał, ale i tak z tego wiele nie zostało gdy pociąg gwałtownie ruszył większość tej wody ulegla wylaniu. Na postojach spotykaliśmy okoliczną ludność przyglądającą się nam jako burżujom i wrogom ludu. Sądzę, że wielu z nich było zawiedzionych, gdyż zobaczyli tylko podobnych do siebie ludzi. Na stacji Orzeł zorganizowano specjalny pokazowy postój z buńczucznymi przemówieniami, w których chwalono się, jak to władza radziecka poskromiła "wrogów ludu" i "krwiopijców". W jednym z wystąpień gorliwy aktywista wyśmiewał "cud na Wisłą". Stwierdził, że teraz nawet "Boża Mać" nas nie uratuje. W tym momencie, gdy stał na szynie kolejowej, poślizgnął się na i upadł tak, że został wyniesiony na noszach.

W nieznane jechaliśmy pociągiem 6 tygodni. Wagony opuściliśmy w Archangielsku. Miasto i port położony nad Morzem Białym, u ujścia rzeki Dwiny Północnej, o około 4000 km od rodzinnego domu. Ale nie był to koniec podróży. Z Archangielska wywieziono nas odkrytymi samochodami przy 50-cio stopniowym mrozie, w głąb tajgi. Podróż tym środkiem lokomocji była jeszcze większą gehenną niż pociągiem. W czasie tej podróży zamarzali nie tylko ludzie, ale i silniki samochodów, co powodowało długie postoje nim kierowcy uporali się z ich uruchomieniem. Po wielu trudnościach dowieziono nas do jakiejś miejscowości, gdzie znajdowała się cerkiew. Ta nieogrzewana cerkiew stała się naszym domem. Tam spaliśmy, łóżko stanowiła posadzka. Pamiętam część pewnej spędzonej tam nocy, w oknach cerkwi świecił księżyc, witraże w oknach zajaśniały postaciami świętych. Zorza polarna dodawała grozy. Obudzony - przeraziłem się narobiłem wielkiego wrzasku. Około dwustu współtowarzyszy niedoli zakwaterowanych w cerkwi, poderwało się na nogi. Z trudem mojej matce udało się utulić mnie znów do snu. Sama nie spała, ciągle sprawdzała czy jeszcze żyjemy, przykrywała nas czym tylko mogła.

Dalszą podróż kontynuowaliśmy saniami. Za siłę pociągową służyły renifery. Zaprzęgami kierowali Eskimosi, ubrani w futrzane kaptury spod których wyglądały tylko oczy. Ta podróż dostarczyła jeszcze silniejszych wrażeń. Zewsząd otaczała nas tajga, wroga dla nas, pełna wilków. W czasie tej jazdy zostaliśmy zaatakowani przez jedno takie stado. Poganiacz reniferów - Eskimos, tubylec, znał się na swoim fachu i tajdze. Odpowiednimi zabiegami zmusił renifery do szybkiej jazdy. Po pewnym czasie na zakręcie drogi, sanie którymi jechaliśmy, wywróciły się do góry płozami. My znaleźliśmy się w pod saniami, przykryci skrzynią, w której siedzieliśmy. Zaprzęg reniferów się urwał, wilki popędziły za nimi. Po jakimś czasie żywych nas uwolniono. Trwogi i obcości dodawał łoskot pękających od mrozu drzew. Ta niesamowita podróż skończyła się po kilku dniach w posiołku Jożma, obok którego płynęła rzeka o nazwie Jożma. To nie była "ziemia obiecana", była to "ziemia nieludzka". Ziemia, która miała nas w krótkim czasie unicestwić, po wyeksploatowaniu naszych sił przez niewolniczą pracę.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Mieczysław Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).