Nawigacja: ŚpiewakowiehistoriaWspomnienia Mieczysława Śpiewaka: III. Jożma

Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka

III. Jożma

Jożma była oddalona od Archangielska o jakieś 300 km. Była to polana, gdzie czekało na nas około 15 baraków zbudowanych z nieociosanych drewnianych bali. Oprócz tego był barak zwany "szpitalem" i szopa na siano dla koni. Żadnych ludzi tam nie zastaliśmy. To było miejsce, z którego drogi powrotnej nie było. Przywiezieni tam musieli w krótkim czasie umrzeć, a na ich miejsce mieli przybyć następni. W baraku - pomieszczeniu o wielkości 5 × 6 m lokowano 4 rodziny bez względu na liczebność. W lokalu tym mieściły się prycze zbite z nieheblowanych desek, a na środku stał żelazny piecyk. W Jożmie rozlokowano tylko rodziny z dziećmi. W pojęciu naszych prześladowców, można rzec, że znaleźliśmy się w kurorcie. Inni trafili gorzej, bo wprost do tajgi. Aby nie zamarznąć palili potężne ogniska, przy których siedzieli w nocy, a w dzień wyrąbywano tajgę, budowano również baraki. Mężczyzn, których oddzielono od rodzin na początku drogi z Archangielska (w tym mego ojca), wywieziono do innego łagru. Pracowali oni przy wyrębie lasu. Ludzi przewlekle chorych i kalekich odtransportowano na tzw. "X punkt", lub w "Krasnyj bor". Zgromadzono tam 500 inwalidów. W krótkim czasie wszyscy zmarli. Padło podejrzenie, że zostali otruci.

Matka pracowała początkowo w tzw. "szpitalu" w Jożmie, później gotowała dla inwalidów na "X punkcie". Najstarsza siostra Stasia pracowała przy wrębie lasu, prała również bieliznę i paliła w łaźni obozowej dla inwalidów. Siostra Zosia również pracowała przy wyrębie lasu, później na "X punkcie" prała ubrania owych pięciuset inwalidów, aż do ich śmierci. Ponadto sprzątała biura i gotowała dla obsługi obozu. Później została listonoszką, pokonywała dziennie trasę 40 km. Pewnego dnia siostrę Zosię zastąpiła siostra Władzia. W drodze powrotnej została napadnięta przez dozorcę zesłańców, zgwałcona, zamordowana, poćwiartowana i wrzucona do bagna. Miejsce porzucenia poćwiartowanych zwłok wskazały wrony i kruki. Kłębiąc się nad zwłokami siostry ptaki zwróciły uwagę osób poszukujących siostrę. Zbrodniarz o nazwisku Łuckow został wykryty i wyrokiem sądowym skazany na rozstrzelanie. Tragiczna śmieć siostry Władzi była dla całej rodziny ogromnym wstrząsem.

Ciężka całodzienna praca, brak jedzenia. Pracujący dostawał 40 dkg tzw. "chleba", a nie pracujący 20 dkg, a potem 10 dkg. Choroby, zimno, brak witamin, spowodowały, że w ciągu roku zmarła połowa zesłańców. W wielu przypadkach wymarły całe rodziny. W pierwszej kolejności umierali mężczyźni. Podczas szalejącego głodu, mnie i moich dwóch starszych braci ulokowano w rosyjskim Domu Dziecka w Pienidze. Oprócz nas przybywało tam 50 innych polskich dzieci. Zmieniono nam imiona i nazwiska, rozdzielono nas, przyłączając do różnych grup, gdzie były dzieci mówiące tylko po rosyjsku, zabroniono nam mówić po polsku. Ja jako najmłodszy łatwiej znosiłem trudy rusyfikacji. Mój brat Zygmunt starszy ode mnie o 2 lata, buntował się, był zadziorny i niesforny. Nie słuchał wychowawców, często więc był karany "ciemnicą". Był to ciemny, zamykany pokój. Jedzenie jednak dostarczano trzy razy dziennie. Pewnego razu, ja też dostałem taką karę, już nie pamiętam za co. Pamiętam jednak jak do pokoju dolatywał wrzask bawiących się na podwórzu dzieci. Wiem, że to była zima, gdyż dzieci jeździły na sankach. Z sierocińca pamiętam jeszcze dużą sień, gdzie stała duża beczka przeznaczona na wodę, którą uzyskiwano ze śniegu. Pamiętam też, że po jednych odwiedzinach naszej matki dostałem od niej zabawkę (torbę konduktorską). Cieszyłem się z tego prezentu ogromnie, ale radość była krótka. Niebawem torbę ukradziono. Przed snem położyłem ją pod poduszkę, rano z przerażeniem stwierdziłem, że jej tam nie ma. Płaczu było wiele, ale zabawka się nie znalazła.

Moi bracia byli najstarszymi wychowankami Domu Dziecka. Pewnego razu bawiąc się uderzyli w szafę, na której stały popiersia wodzów rewolucji. Tych, którym zawdzięczaliśmy to, że znajdujemy się na tej "nieludzkiej ziemi". Gipsowi wodzowie nie wyszli cało z tej zabawy, a i my ucierpieliśmy. Wsadzono nas natychmiast do ciemnicy, a następnie odesłano do matki. Po wydaleniu nas z Domu Dziecka matka musiała nas prowadzić pieszo 40 km po bezdrożach w ogromnych zaspach śniegu. Gdy padaliśmy ze zmęczenia brała mnie albo starszego brata, częściej jednak mnie, na plecy i niosła. W Domu Dziecka nie przymierałem z głodu, jednak pobyt w nim odcisnął się piętnem na dalszym moim życiu. Prawie całkowicie zapomniałem mowy polskiej, co utrudniało mi ponowną adaptację w rodzinie. Matka bardzo to przeżywała.

W domu nie było co jeść. Dzienna racja chleba wynosiła początkowo 200 g, a potem 100 g. Do tego w dniu urodzin Stalina, dodawano po 1 łyżce kaszy. Widmo śmierci głodowej wyzwalało niezwykłą pomysłowość i zaradność w zdobywaniu czegoś do jedzenia. Moja rodzina była liczna, już na Syberii przyszła na świat najmłodsza siostra. Matce w tych okolicznościach przysługiwały pewne przywileje. Aby z nich skorzystać, "rodziliśmy" się kilka razy. Pomagał nam w tym lekarz - Rosjanin, którego matka była Polką. Ponadto starsze rodzeństwo fikcyjnie zostało umieszczone w "szpitalu". Ich "stan zdrowia" długo się nie poprawiał. Leczenie trwało długo lecz niestety nie w nieskończoność. Sprawa się wkrótce wydała i dobry lekarz - Rosjanin został aresztowany. Nic nie miało żadnej wartości oprócz jedzenia. Złoty zegarek mego ojca został zamieniony na wiadro ziemniaków. Z powodu głodu byłem często spuchnięty, podobnie było z moim rodzeństwem. Gdy matka nasza udawała się z nami do lekarza, recepta była jedna: trzeba nakarmić. Pewnego razu od głodowej śmieci uratował nas pies, którego zwabiliśmy do domu. Wspólnie z rodziną Dzięgielewskich zjedliśmy psa. Ktoś musiał przestać żyć, by żył ktoś inny. Innym razem udało nam się złapać sowę, oślepioną wiosennym słońcem. Nie miała żadnych szans ucieczki. Niewiele było z niej jedzenia, ale zawsze coś. Wielkim wydarzeniem w posiołku było upolowanie niedźwiedzia, który rozszarpał konia będącego na służbie władz. Niedźwiedź ten nie gardził również trupami ludzi, których tu było bardzo dużo. Pamiętam jak zabitego niedźwiedzia niesiono powieszonego na drągu, łapy jego były powiązane. Mięso niedźwiedzia podzielono na kawałki wielkości pudełka od zapałek i obdzielono wszystkich mieszkańców posiołka. Wszyscy zjedli to mięso na surowo, ja natomiast chciałem ten kawałeczek zamrozić i dopiero wtedy zjeść. Położyłem nieszczęsny tą swoją porcję pod pień przed domem. Kiedy wróciłem po to, znikło.

Szczęśliwym trafem było zatrudnienie naszej siostry Zosi w rzeźni, gdzie zabijano renifery. Mięso wysyłano front. Siostra po zakończonej pracy mogła zebrać z podłogi skrzepłą krew. Miała jednak duży spryt i odwagę. Dzięki niej od czasu do czasu jedliśmy nie tylko tą krew, ale również wnętrzności i sadło, które przynosiła do domu ukryte pod ubraniem. Polegało to na tym, że owijała się tym co miała do schowania, a na to nakładała sukienkę. Latem głód łagodziliśmy zbierając grzyby, jagody oraz syberyjską pokrzywę. Jeszcze obecnie widok pokrzywy, szczególnie na wiosnę, kojarzę z głodem. Lato było również intensywnym okresem robienia zapasów na zimę. Wykorzystywaliśmy do tego dary runa leśnego. Głównie suszono grzyby i pokrzywę. Okres lata był jednak bardzo krótki. Wiosna zaczynała się w czerwcu, a jesień kończyła się we wrześniu. Reszta roku - to zima. Na tak długi okres żadne zapasy z tajgi nie wystarczały. Pewnego razu cała rodzina z wyjątkiem nas, małych dzieci, poszła zbierać grzyby w tajdze. Zabłądzili, przez dwa dni nie mogli odnaleźć drogi. Nocowali w napotkanym szałasie. W nocy musieli opuścić przygodny dach nad głową, gdyż zaatakowani zostali ogromną ilością wszy. My - najmłodsze rodzeństwo byliśmy zamknięci przez dwa dni i umieraliśmy z głodu. Siedziałem przy oknie i wyglądałem mamy. Przed oczami skakały mi z góry na dół "zajączki", pamiętam je do dziś. Teraz wiem, że były oznakami silnej anemii.

W tym ciężkim czasie nieustannego głodu wielu zesłańców traciło rozum. Pamiętam dwóch nauczycieli, którzy byli sami w Jożmie. Obaj dostali pomieszania zmysłów. Jeden z nich wygolił sobie głowę tak, że wyglądała jak globus z zarysami kontynentów. Za pomocą tej "pomocy dydaktycznej" uczył na nazw poszczególnych części świata. Przydziałowy "pajok" (kawałek chleba) jadł razem z trawą, często wypluwał chleb, a połykał trawę. Drugi nauczyciel - pewnego dnia - znalazł kość, którą wsadził do jakiegoś naczynia i zamiast wody użył własnego moczu. Gotował to na ogniu, a potem próbował jeść. Ludzie jedli wszystko, nawet to co naturalnie budzi odrazę, ale było ratunkiem przed śmiercią. Któregoś dnia, gdy moja siostra powróciła do domu po całodziennej pracy w lesie, przypomniała sobie, że widziała na bagnie wyrzucone flaki. Były to flaki padniętego konia, inne jadalne części zostały już zabrane. Przyniosła owe flaki, wypłukała i ugotowała posiłek nie tylko dla siebie.

Syberyjskie zimy są dla przybysza z środkowej Europy straszne. Pewnego roku zima była tak ciężka, że nasz posiołek nie miał żadnego połączenia ze światem, nawet dla tubylców było to niemożliwe. Zaprzestano wydawać dzienne porcje chleba, zjedzono co było i co żyło. Zostało jeszcze siano dla koni, które wyzdychały. Z tego siana wybierano każdy listek i gotowano zupę. Na Syberii o krótkim okresie wegetacji udawał się pewien rodzaj rzepy zwanej "turniepsem". Pewne ilości tego daru syberyjskiej przyrody zmagazynowano w specjalnych przechowalniach, zagłębionych w ziemi z obudową drewnianą na powierzchni. Aby zapewnić właściwą wentylację, z dołu do góry szedł wąski tunel. Tunel ten dawał możliwość kradzieży rzepy. Spuszczano przezeń najbardziej wychudzoną osobę, która zaopatrzona w łuczywo ładowała "turnieps" do małego naczynia. Następnie osobę tę oraz ładunek wyciągano na zewnątrz. Robiono to w szczególnie ciemne, śnieżne noce. Tak zdobyta rzepa była zakopywana pod podłogą baraku. Przez jakiś czas gotowano z niej zupę. Początkowo łupiny były wyrzucane za piec dla zatarcia śladów, potem ratowały nas od głodowej śmierci. Tej zimy głód był tak wielki, że groził kanibalizm, więc starannie wszyscy się zamykali.

Owej zimy zmarło wiele osób. Sanie ciągnione przez ludzi codziennie zabierały dziesiątki nieboszczyków. Wieziono ich do tajgi, rzucano na śnieg i przykrywano klatkami z żerdzi, by nie się nie stały łupem wilków. Niedźwiedzie dawały sobie radę i z takim zabezpieczeniem. Resztki ciał grzebano dopiero wiosną. Gdzie głód i brud, tam wszy i inne insekty. Walka z wszawicą była bezskuteczna i beznadziejna, bowiem nie było i innych środków insektobójczych. Jedynym dostępnym środkiem była nafta. Golono nam głowy i smarowano naftą. Łachmany, w których się chodziło, wkładano do nagrzanego pieca i w ten sposób likwidowano wszy. Pomagało to na krótko, bo zaraz oblazły następne. Często taka dezynsekcja kończyła się spaleniem ostatniego łachmana. To właśnie przytrafiło się nam. Od wszy były jeszcze groźniejsze pluskwy, które co prawda nie gnieździły się w ubraniach ale wypełniały wszystkie szpary i szczelinki drewnianej budy. Wszy żerowały na człowieku 24 godziny na dobę a w nocy do nich dołączały pluskwy. Po twardym śnie, bo w końcu sen zwyciężał bolesne ukąszenia pluskiew, całe ciało pokrywały krwawe cętki. Wyniszczony głodem organizm nie miał zbyt wiele krwi, jednak jej resztkami żywiły się jeszcze insekty.

Po powstaniu Związku Patriotów Polskich powrócił mój ojciec z łagru. Miał chorą nogę. Zgłosił się jednak zaraz na ochotnika do tworzącej się Armii Polskiej - Dywizji im. T. Kościuszki. Na punkt zborny szedł o kuli 40 km. Za pożywienie na drogę służyły mu resztki z łba padniętego konia. Wszelki słuch o nim zaginął. Po pewnym czasie otrzymaliśmy wiadomość, że ojciec zginął na polu walki. Do wojska chciała wstąpić moja siostra Zosia, ale jej nie przyjęto z powodu zbyt niskiej wagi. Przyjęto za to jej koleżankę Emilię Gierczak, co u siostry wywołało wielki żal. Emilia poległa podczas walk o Kołobrzeg, gdzie jest pochowana. Za swoje zasługi w boju została pośmiertnie odznaczona orderem wojennym Virtuti Militari.

Nawigacja: ŚpiewakowiehistoriaWspomnienia Mieczysława Śpiewaka: III. Jożma


Ta strona jest częścią portalu www.Spiewakowie.pl
Dokument utworzony 6 grudnia 2003, ostatnia aktualizacja 22 czerwca 2008.
Administrator strony: dr hab. med. Radosław Śpiewak, specjalista dermatolog i wenerolog, Kraków (kontakt)

© Mieczysław & Radosław Śpiewak

Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Warning: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt").