Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka: IV. Uspiszygi
Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka

IV. Uspiszygi

Po odejściu ojca na front pozwolono nam przenieść do innego posiołka o nazwie Uspiszygi. Miejscowość ta leżała nad rzeką Pinegą. Była to rzeka o bardzo wartkim nurcie i stromych brzegach. Mieszkaliśmy w baraku położonym nad samą rzeką. Latem rzeka była żeglowna. W zimie służyła jako droga, w okresie wiosennych roztopów - bardzo groźna. Pękające lody dawały huk przypominające burzę z piorunami. Wzburzona rzeka zabierała ze sobą wszystko. Raz widziałem jak niosła część domu, a na krze wył przeraźliwie pies przywiązany do budy. Patrzyłem na niego z wielkim żalem, nie było to jednak współczucie. To zwierze mogło być również "czymś do zjedzenia". Na rzece robiły się często potężne zatory z lodu, woda wówczas wypełniała całe koryto rzeki, aż po wysokie brzegi, które często podmywane obsuwały się, odsłaniając wiele szkieletów ludzkich, grzebanych wszędzie, gdzie to było możliwe, nierzadko wiele razy na tym samym miejscu. Zwłoki grzebano płytko, co miało fatalne skutki, gdyż żerowały na nich szczury. Były one prawdziwą plagą. Tępić nie było czym, wiec wyjadały nasze nędzne zapasy żywności. Były ponadto bardzo groźne dla ludzi, śpiącym próbowały odgryźć uszy i palce. Robiono różne przemyślne łapki, ale wszelkie próby ich wytępienia były bezskuteczne. Względnie bezpiecznym miejscem dla dzieci, chroniącym ich od szczurzej od napaści, był stojący w każdej izbie piec. W piecu na dole się paliło, a na górze spało. Było tam ciepło. Na noc kładziono do pieca grube drwa i dość szczelnie zamykano, aby długo się utrzymać ogień. Oczywiście takie postępowanie groziło zaczadzeniem. Tak też się stało pewnego razu. Upadłem z pieca i ten upadek być może uratował moją rodzinę od śmierci. Padając na posadzkę narobiłem dużego hałasu i to obudziło częściowo zaczadzoną matkę.

Zimą 1944 roku mróz dochodził do minus 60 stopni. Zabrakło nam wszystkiego, nawet opału, mimo, że znajdowaliśmy się w bezkresnej tajdze. Pozyskanie opalu w tak skrajnych warunkach silnego mrozu i olbrzymich śniegów, sięgających do dachów, było wręcz niemożliwe. Groziła nam nie tylko śmierć z wycieńczenia, lecz i z zimna. Trzeba było temu jakoś zaradzić. W pobliżu była szopa przeznaczona na opał, właścicielką była Rosjanka. Matka moja nie widząc innej żadnej innej możliwości zaczęła ową szopę rozbierać, co spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem właścicielki. Na początku doszło do utarczki słownej, a skończyło się na rękoczynach. Matka wzmocniona wiarą w słuszność sprawy, poturbowała miejscową "bogaczkę". Rosjanka udała się do miejscowych władz, a z nią nie było żartów. Gdy przyszli po matkę, pouczeni przez nią uprzednio, uczepiliśmy się jej z całych sił. Nawet NKWDziści nie mogli nas od niej oderwać. W końcu dali nam spokój. W ten sposób udało się nam zdobyć opał.

W Uspiszygach, głód był równie silny jak w poprzednim miejscu pobytu. W okresie zimy pozjadano wszystkie psy, koty, a nawet wróble. Wiosną było łatwiej. Znajdował się tu kołchoz, w którym hodowano renifery oraz sadzono niewielkie ilości ziemniaków. Pod osłoną nocy wygrzebywaliśmy te ziemniaki zaraz po wsadzeniu. Podczas jednej z takich wypraw został przyłapany mój brat. Brutalnie go pobito i topiono w jeziorze. Ziemniaki, którym udało się urosnąć, również były przedmiotem kradzieży. Podbieraliśmy je w deszczowe, ciemne noce. To zabezpieczało przed groźnymi strażnikami. Jesienią po kołchozowych wykopkach, zbieraliśmy z pola nawet te najmniejsze. Po zimie można było na kartoflisku znaleźć gdzieniegdzie odrobinę krochmalu, który pozostał w skórce po ziemniakach. Zbieraliśmy to i z tego pieczone były placki. Wydzielająca się podczas pieczenia woń nie należała do przyjemnych, ale jedzenie takiego rarytasu dawało wiele satysfakcji. Niedaleko naszego baraku, w pobliżu rzeki znajdowało się pole ziemniaczane. Ziemniaki owego roku obrodziły nadzwyczajnie, lecz miały dziwne kształty. Do większych bulwami często były przyrośnięte mniejsze. Powstawało przez to wrażenie, że bulwy przypominające postacie ludzkie. Wiosną 1944 roku wezbrana rzeka podmyła to pole odsłaniając mnóstwo ludzkich szkieletów. Okazało się, że ziemniaki posadzone były w miejscu gdzie wcześniej grzebano zmarłych. Być może dlatego taki był urodzaj, a kształty przypadkowe. W kołchozie siano również owies, który też podkradaliśmy, wygrzebując go z ziemi. Z owsa tego gotowana była zupa.

W tamtych bardzo ciężkich czasach, zdesperowani ludzie kradli co popadło, ratując się przed głodową śmiercią czy zamarznięciem. Wszelkie domowe rozmowy obracały się wokół jedzenia. Największym marzeniem każdego z nas było najeść się do syta chleba i umrzeć. Nikt nie mógł zaznać takiego szczęścia. Ja często mówiłem, że jak przyjadę do Polski, to założę sklep ze zbożem i będę tak pilnował, aby się nie zmarnowało żadne ziarenko. Po roku 1944 od czasu do czasu przychodziły do nas paczki, mówiono, że z UNRY. Otrzymaliśmy i my kilka paczek. Przeważnie były one przeszukane i co cenniejsze rzeczy zrabowane. Pamiętam, że w jednej z paczek znajdowały się damskie pantofle na wysokich obcasach i nylonowe pończochy.

W czerwcu 1944 roku, gdy spłynęły lody na rzece Pinedze, rozpoczął się spław drewna, które było ścinane zimą przez katorżników. Ten spływ był naszym utrapieniem, bo oddalał ziszczenie się wielkiej radości, iż po spływie drewna, statkiem rzecznym udamy się w drogę powrotną do upragnionej, wytęsknionej Polski. Terminy przypłynięcia statku odkładano, a drewno ku naszemu utrapieniu wciąż płynęło.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Mieczysław Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).