Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka: V. Powrót z zesłania
Wspomnienia Mieczysława Śpiewaka

V. Powrót z zesłania

Całe dnie staliśmy na brzegu i wyglądaliśmy upragnionego statku, który miał nas zabrać w powrotną podróż do Polski. Nagle radość ogarnęła nasz posiołek. Słychać było krzyki: "Jest, jest nasz wybawiciel". Tej radości nie sposób opisać. Jesteśmy na statku, płyniemy bardzo powoli, bo w rzece jest pełno potopionych pni drzew. Zetknięcie kadłuba statku z nimi , mogłoby się tragicznie dla nas zakończyć, śmiercią w głębinach wód. Na burtach statku stali ludzie z bosakami i nimi odpychali czyhające z wody przeszkody. Jako dziecko ciekaw byłem wszystkiego, nosiło mnie po całym statku, wlazłem w każdą dziurę. Pewnego dnia o zmierzch zszedłem do maszynowni skąd właśnie wynoszono zmarłego człowieka i wrzucono go rzeki. Przerażony schowałem się za stos drewna, którym palono w parowych kotłach statku. Wystraszony długo stamtąd nie wychodziłem.

Rzeką Pinegą, potem Dwiną Północną, po wielu dniach i nocach dotarliśmy z powrotem do Archangielska. W mojej pamięci zachował się widok portu, a w szczególności duże czerwone statki i wielkie ilości drewna. W Archangielsku - pod opiekę wzięło nas wojsko polskie. Czekaliśmy tam na pociąg, który miał nas zawieźć do rodzinnego domu!. Ten dom w Polsce był, oddalony od nas o wiele tysięcy kilometrów. W Polsce, która jawiła się jako coś pięknego i subtelnego, o czym można było mówić tylko z wielkim nabożeństwem. Wreszcie jest nasz pociąg. Załadunek trwał bardzo krótko, gdyż nie mieliśmy żadnych bagaży. Gdy pociąg ruszył przeżywaliśmy nieopisaną radość. Jechał powoli, prędko nie mógł jechać, bo lokomotywa opalana była drewnem. Kiedy drewna zabrakło, stawał w lesie uzupełniał braki. Zatrzymywał się i z innej przyczyny, ponowne ruszenie z miejsca maszynista uzależniał od łapówki. Po zebraniu takowej ruszaliśmy dalej. Pewnego razu stanął na dużej polanie, a w oddali o jakieś 100 m. od pociągu rozciągał się las. W lesie tym na drzewach było mnóstwo ptasich gniazd. Dzieciaki takie jak ja postanowiły wyskoczyć do lasu i powybierać jaja z gniazd. Kiedy kończyliśmy owe wybieranie jaj pociąg gwizdnął i ruszył. W wagonach powstał ogromny wrzask i rozpaczliwe wołanie rodziców. Pociąg dogoniliśmy gubiąc zebrane jajka. Ludzie wciągali nas do środka. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało i nikt z nas nie został na tym bezkresnym pustkowiu.

Droga powrotna wiodła nas przez Moskwę. Dało się tam zauważyć przerażające skutki wojny. Widzieliśmy ogromne ilości rozbitego sprzętu, umocnień wojennych: jak okopy, bunkry, zapory przeciwczołgowe i zasieki z kolczastego. Każdy lasek, a nim każde drzewo było pokaleczone wszelkimi rodzajami pocisków i bomb. Nie widać było ani ludzi, ani zwierząt, tylko jak okiem sięgnąć ruiny i zgliszcza. Pociąg przejeżdżał przez stacje, których nie było. Jedynym urządzeniem stacji były wagony kolejowe. Po jakimś czasie pociąg wiozący nas zatrzymał się, postawiono go na bocznicę, stał tam długo. Było zupełne pustkowie. Mimo wielkiej ostrożności z naszej strony, zostaliśmy okradzieni. Skradziono nam także dokumenty. Pociągi były okradane nie tylko w czasie postoju, lecz także w trakcie jazdy. Gdy pociąg wlókł się pod górę, do wagonów wskakiwali rabusie, rabując resztki tego co mieliśmy, łupy wyrzucali z pociągu i uciekali. Drzwi wagonów w ciepłe dni i noce częściowo mieliśmy otwarte. Pewnego razu w nocy, podczas wolnej jazdy pociągu do wagonu chcieli się wedrzeć rabusie. Mieli oni ze sobą naftowe lampy. Wszczęty przez jednego z wartujących pasażerów alarm, zmobilizował nas wszystkich i poderwał do obrony. Wspólnymi siłami odparliśmy atak. Jednemu z rabusiów przyciśnięto drzwiami wagonu rękę, w której trzymał lampę. Lampa wraz z ręką była wewnątrz wagonu, a pozostała część ciała była wleczona na zewnątrz. Po pewnym czasie ludzie w wagonie ulitowali się nad opryszkiem, poluzowali drzwi, napastnik znalazł się w rowie, dla nas jadących została lampa.

Tak dojechaliśmy do Kirowogradzkiej Obłasti, Znamienowskij Rejon do Sowchozu Trepowka na Ukrainie. Rozlokowano nas w sowchozie Trepowka. Był to inny świat. Wielka bezleśna równina obsiana zbożem, słonecznikiem i kukurydzą. Po 5-ciu latach zobaczyłem znów jabłka i inne owoce, o których opowiadała mi matka, że takie rosną w Polsce. Owoce były niedojrzałe , nam jednak nie przeszkadzało, by się ich najeść. Byliśmy później bardzo chorzy. Wszyscy zdolni do pracy zostali skierowani do prac polowych. Dzieciaki miały tam istne Eldorado. Zakwaterowano nas w domu - lepiance, pokrytej strzechą słomianą, oprócz nas w jednym pokoju było jeszcze dwie inne rodziny. Spaliśmy na podłodze, wyścielonej słomą, jeden przy drugim, jak śledzie w beczce.

Wspomniane pola orne, z wysokimi zasiewami, kryły też w sobie rozbite czołgi, działa, mnóstwo innej broni, min i granatów, a także innej amunicji. Każdy z nas był uzbrojony w to co tylko chciał. Miło wspominam zabawy w czołgach, w których było dosłownie wszystko. W jednym nawet był but z cholewą, a w nim częściowo spalona noga niemieckiego czołgisty. Amunicję zbieraliśmy całymi wiadrami, którą później przekazywaliśmy starszym pasącym nocą woły (w dzień woły były siłą pociągową). Pasący pilnując woły strzelali, być może dla dodania sobie odwagi, czy też by szybciej płynął im czas. Razem z ukraińskimi dziećmi wyspecjalizowaliśmy się w rozbrajaniu min przeciwczołgowych. Pewnego razu, gdy zabieraliśmy się do takiej czynności zostaliśmy zawołani przez matkę na jakiś posiłek. Pobiegliśmy szybko prosząc tylko kolegów, by poczekali, aż my wrócimy. W pewnym momencie zabudowaniami wstrząsnął wybuch. Okazało się, że nie poczekali na nas i przystąpili do rozbrajania miny, która wybuchła, zginęło 3 chłopców, kilku zostało ciężko rannych. Zginął serdeczny kolega mego starszego brata, jedyny syn pewnej Ukrainki, której mąż poległ na froncie. Po tej tragedii biedna kobieta całą swą miłość do swego syna przelała na mego brata, uważając go za przybranego syna. Pamiętam jak obdarowywała nas czym tylko mogła, z czego brat nie chciał korzystać, a ja bardzo chętnie.

Wiele uroku tej miejscowości nadawał sad sowchozowy. Sad był obsadzony drzewami morwowymi. Owoce tych drzew mogliśmy jeść. Do sadu był wstęp zabroniony i był dobrze strzeżony. Mimo tego udawało się nam do niego dostać. Robiliśmy to w ten sposób, ze jedna grupa pozorowała kradzież owoców w jednej części sadu, druga zaś w innej spokojnie mogła buszować. W końcu strażnicy poznali się na tej manipulacji i strzelali do każdego, kto zbliżył się do sadu. My również byliśmy dobrze uzbrojeni i miarę potrzeby robiliśmy użytek z posiadanej broni. Wówczas strażnik się chował do ziemianki, a my rwaliśmy owoce, chowając je w rosnących obok sadu słonecznikach. To, co udało się zebrać sowchoźnikom z ich sadu i zmagazynować, było również przedmiotem sprytnych naszych kradzieży. Za pomocą drutów, przez okno, wyciągaliśmy resztki zmagazynowanych owoców. Trawy i burzany stanowiły dla nas poza sadem również wspaniałe miejsca zabaw. Pewnego razu znaleźliśmy karabin, który został z ziemi wyryty przez świnie (opodal była kołchozowa świniarnia). Lufa karabinu była zanieczyszczona, a nabój zawilgocony, co utrudniało wystrzał. Mój brat zadecydował, by wyjąć zamek i przy pomocy młotka i gwoździa spowodować wystrzał. Skutki tego działania były fatalne. Po detonacji , twarz brata była jak u murzyna. Okazało się, że wymyć tego się nie da, bowiem proch powbijał się pod skórę. Skończyło się to wizytą u lekarza i bolesnymi zabiegami.

W sowchozie za zabudowaniami gospodarczymi rozciągały się pola, które nie były jeszcze całkowicie rozminowane. Na polach tych rosły wysokie trawy, wśród których szukaliśmy różnych skarbów. Raz bawiąc się i penetrując teren złapaliśmy małe prosię, które karmiliśmy. Urosła z niego dość duża świnia, z której było mięso i tłuszcz. Podobnie hodowaliśmy króliki. Jesienią nasz jadłospis poszerzył się o zagęszczony sok z buraków cukrowych. Surowiec ten także służył do powszechnego pędzenia bimbru. Proceder ten był tak powszechny, że osobnik nie zajmujący się tym uważany był za nienormalnego. Lato było dla nas rajem na ziemi. Szczególnie radowała nas myśl, że możemy się wygodnie wyspać w ziemiankach, czy w szałasach, które wcześniej służyły żołnierzom. Jesień była trudna, szczególnie dokuczało straszliwe błoto i brak było jakichkolwiek możliwości spania poza naszą lepianką. Spanie w lepiankach, jak wcześniej wspomniałem, było prawie niemożliwe. Zima nas również nie rozpieszczała, brakowało przez cały czas opału. Latem paliło się w piecach wysuszonym łajnem bydlęcym, zimą jedynie opalano słomą kradzioną ze stogów położonych dość daleko od naszych zabudowań. Nie mieliśmy już prawie odzieży, ze starej pozostały jedynie strzępy. Jedynym dostępnym źródłem materiału na odzież były worki jutowe. Mój brat po zdarciu ostatniego łachmana, chodził w sukience. Pod koniec naszego pobytu w Trepowce, a było to jesienią 1945 roku, zorganizowano klasę dla dzieci polskich. Nauczycielką była Polka z pochodzenia, zagorzała komunistka. Nauka trwała jednak bardzo krótko. Nauczycielka, stara kobieta, ciężko zachorowała i nie było komu nas uczyć.

W styczniu 1946 roku znów jechaliśmy dalej, tym samym kontynuując przerwaną podróż. Byliśmy przekonani, że wracamy do rodzinnego domu. Przekroczenie granicy i zetknięcie się z upragnioną Polską było niesamowitym przeżyciem. Szczególnie utkwił mi moment bicia dzwonów w pobliskim kościele i wspólnej dziękczynnej modlitwy. Jechaliśmy w głąb kraju, jednak nie były to nasze strony rodzinne. Przybyliśmy do województwa wrocławskiego do małej wsi Drozdowice w powiecie Góra Śląska. Zakwaterowano nas w rozwalającej się ruderze. Zabudowania miały chyba ze 100 lat. Wokół domu i zabudowań rosły owocowe drzewa. Na wyposażenie dostaliśmy jedną krowę oraz 5 ha ziemi. Żadnego sprzętu gospodarczego czy rolniczego nie było, nie było żadnych środków do życia. Bieda towarzyszyła nam dalej. Utęskniona Polska nie była taką, jaką oczekiwaliśmy. Jedynie w krótkim czasie udało się nam pozbyć wszy, mieliśmy już bowiem środki do prania, utrzymania czystości i dezynsekcji.

We wrześniu 1946 roku poszedłem do I klasy, szkoła była oddalona od naszego domu o 2 km. W szkole brakowało najbardziej podstawowego wyposażenia. Przez wiele tygodni za pulpit do pisania służył mi parapet okienny. Moi starsi bracia również zaczęli od pierwszej klasy, ale jako starsi i zdolni robili po dwie klasy w roku. Mnie również nie brakowało zdolności, ale byłem młodszy, więc każdą klasę robiłem w roku. Mój starszy brat i ja lubiliśmy się uczyć, osiągaliśmy dobre wyniki. Wkrótce mój starszy brat bez egzaminu jako prymus szkoły bez egzaminu został przyjęty do szkoły średniej Ja dostałem się tam później, lecz z egzaminem. Potem brat został studentem Politechniki Gdańskiej (skierowany na studia bez egzaminu jako bardzo zdolny uczeń). A ja po szkole średniej i po przepracowaniu 5 miesięcy zostałem wcielony do Marynarki Wojennej. Następnie zrobiłem studia na Wydziale Inżynieryjno-Ekonomicznym przemysłu WSE we Wrocławiu. Brat początkowo po skończonych studiach pracował jako asystent na Politechnice Wrocławskiej, a później do chwili obecnej pracuje w Zakładach Azotowych w Tarnowie-Mościcach. Ja natomiast pragnąłem pracować w szkole i w profesji nauczycielskiej doczekałem się emerytury.


Ta strona jest częścią serwisu www.Spiewakowie.pl
Administrator strony: Radosław Śpiewak - Kontakt

Copyright by Mieczysław Śpiewak & Radosław Śpiewak
Uwaga: Utwór chroniony prawem autorskim. Kopiowanie i rozpowszechnianie niniejszego tekstu w części lub całości bez pisemnego zezwolenia autora jest zabronione. W celu uzyskania zgody należy skontaktować się z administratorem strony.
Attention: This work is protected by copyright law. No part of it may be reproduced in whatsoever form without written permission of the owner. For further information please contact the webmaster (follow the link "kontakt" above).